Dziko na komisji
W czwartek 16 kwietnia, w ramach posiedzenia wawerskiejKomisji Ładu Przestrzennego i Ochrony Środowiska, odbyła się na Żegańskiej debata nt. postępowania z rozrastającą się populacją wawerskich (warszawskich) dzików.
Tak jak można się było spodziewać – opinie mówców były nader spolaryzowane, a temperatura spotkania sporo wyższa od średniej.
Jeśli ktoś nie był, to opiszę topografię sali obrad Urzędu Dzielnicy: ma kształt bardzo wydłużonego prostokąta, na którego zwieńczeniu znajduje się stół prezydialny. Od tego stołu, prostopadle, ciągnie się główny stół, przy którym debatuje Rada Dzielnicy. Na drugim końcu sali ustawione są krzesła dla gości – widownia (w porywach 40 miejsc). W zasadzie wygląda to, jakby goście siedzieli w innym pomieszczeniu – bez mikrofonów nikt nikogo nie słyszy, a głośne wypowiedzi brzmią jak impertynencje. Sam opisany podział na strefy „zasiedzenia” ustanawia niepisaną hierarchię obecności, bez względu na intencje. To zawsze źle rokuje, zwłaszcza kiedy pojawia się większa grupa mieszkańców. Nie inaczej było w czwartek.
Komisja trwała ponad 4 godziny i, pomimo, że padły (czasem wykrzyczane) w jej trakcie główne tezy, to sposób jej prowadzenia przez przewodniczącego M. Wasiewicza był wg mnie nieprzemyślany i nieudolny. Do tego stopnia, że występujący radny Popiołek (wcześniej klub radnych PiS, obecnie niezrzeszony) pożałował, że wśród uczestników brakuje ekspertów.

To nie była prawda. Przewodniczący nie wyłowił na samym początku z grupy gości przybyłych ekspertów „strony społecznej”, o których dopuszczenie do głosu głośno postulowano jeszcze 2 godziny po rozpoczęciu spotkania. Mając świadomość jak gorący temat przyjdzie nam omawiać i ile osób chciałaby zabrać głos (bo przecież na dzikach znamy się wszyscy) M. Wasiewicz nie wprowadził czytelnej hierarchii wypowiedzi z limitami czasowymi. Skutkiem tego część osób, także radnych, wyszła w trakcie.
Wypowiadający się radni w większości mogli nie mówić nic, ponieważ ich wiedza nie wykraczała poza osobiste doświadczenia. Natomiast warto było, na samym początku, wysłuchać głosów eksperckich. Takim głosem było niewątpliwie wystąpienie przedstawiciela Lasów Miejskich – podał statystyki, sposoby reagowania, prognozy.
Dopuszczony po ponad 2h do głosu dr Robert Skrzypczyński mówił kompetentnie, choć za długo. Niepotrzebne było wzajemne licytywanie się statystykami i metodologią liczenia wzrostu dziczej populacji, zagrożeń, incydentów… Dzików na pewno w ciągu ostatnich lat przybyło.
Żałowałem, że głosu nie zabrał dr Jakub Gryz, pracownik naukowy SGGW, stały felietonista Gazety Wawerskiej, który o dzikach pisał u nas wielokrotnie i wyjątkowo kompetentnie. Wyszedł zdegustowany w 3-iej godzinie.
Najbardziej zapamiętałem głos dyr. Podgórskiego z Lasy Miejskie – Warszawa, który oznajmił, że w zasadzie mamy do czynienia z nowym gatunkiem – „dzikiem miejskim” – nie lubiącym lasu, a bardzo dobrze czującym się wśród śmietników, ciepłych osiedlowych grajdołów, stref pozbawionych drapieżników. Dzik ów nie lubi, nie potrafi, nie chce – ryć za pokarmem w leśnym poszyciu czy na polach. W mieście ma wszystko – odpady „bio” w piątki-świątki, zmieszane w czwartki na Zerzniu, a w poniedziałki w Aninie. Beton oddaje nocami upragnione ciepło. Wszyscy schodzą mu z drogi.
Niczego nie ustalono. Ja sam mam być może większe pojęcie o problemie, ale nie doczekałem wyraźnych konkluzji, rozwiązań, kierunków działań wartych wdrożenia. Jestem dodatkowo stygmatyzowany literaturą dziecięcych wieszczów – „dzik jest zły”, a „murzynek Bambo chodzi po drzewach”. Kropka.


0 komentarzy