Pan Mieczysław i Smok Ogrodowy
Poranek w ogrodzie zaczął się od szelestu, którego pan Mieczysław nie miał w planach. Nie był to zwykły szelest, raczej coś, jakby ktoś przeciągał stary wełniany szalik po suchych liściach. Mieczysław zamarł, bo w jego ogrodzie nic nie powinno się ruszać bez wcześniejszego zgłoszenia. A już na pewno nie coś tak długiego.
Coś przecięło kępę fuksji i zatrzymało się na kamieniu, jeszcze chłodnym po nocy.
Pierwsza myśl: „żmija!” i szybkie cofnięcie stopy, w ruchu bardziej przypominającym taniec współczesny niż odskok.
Druga myśl: „to pewnie ta gumowa rurka od podlewania, co zawsze żyje własnym życiem”.
Trzecia: „o nie, ona ma głowę!”.
Zza krzaka pojawił się zaskroniec, wyginając szyję w sposób, w jaki robią to istoty, które wiedzą, że są u siebie. Pan Mieczysław, mimo że był w swoim własnym ogrodzie, poczuł się jak gość na przyjęciu, na które nikt go nie zaprosił.
– Słuchaj no – powiedział. – To jest mój ogród. Ja tu decyduję, kto się wyleguje na kamieniach.
Zaskroniec spojrzał na niego tym swoim chłodnym wzrokiem, który mówił mniej więcej: „Człowieku, ja tu byłem, zanim wynaleźliście ogrody”.
Na drugi dzień pan Mieczysław postanowił rozegrać sprawę dyplomatycznie. Ubrał się w kapelusz w kaczuszki, bo jak mówiła żona, „nic tak nie rozluźnia atmosfery jak kapelusz z kaczuszkami”, i ruszył do kamienia.
– No dobrze, porozmawiajmy jak cywilizowani lokatorzy – zaczął. – Ssss… co tam u ciebie?
Zaskroniec powolnym ruchem języka odpowiedział coś w stylu: „ssssłabo akcentujesz”.
– Okej – poprawił się Mieczysław. – Chcesz tu mieszkać, to w porządku. Ale ja tu mam marchewki, buraki, groszek. Żadnych afer, rozumiesz? Pilnujesz ślimaków.
Na to zaskroniec zrobił minę, którą można by nazwać arystokratyczną pogardą, po czym wygiął szyję w znak zgody. Albo w znak „mam cię w nosie”. Trudno powiedzieć.
Wieczorem pan Mieczysław zauważył coś dziwnego. Ślimaki siedziały w podejrzanych grupkach, jakby knuły spisek. Żaby ucichły. A na płocie przysiadł wroni obserwator, który wyglądał jak kronikarz lokalnych dramatów.
Najwyraźniej zaskroniec pełnił rolę nowego „szefa ogródkowej mafii”. Każdy wiedział, że lepiej go nie denerwować.
Pan Mieczysław miał w rogu ogrodu stertę gałęzi, przykrytą jeszcze większą stertą liści. Kiedyś chciał je spalić, ale potem zauważył, że wyszedł spod nich jeż, i zrobiło mu się trochę głupio. Sterta osunęła się, porosła, ale nadal była na swoim miejscu. Dobra kryjówka. Sprawdzona. Zaskroniec wsunął się między patyki tylko na chwilę, tak bardziej z sentymentu niż potrzeby, a potem się rozejrzał.
Słońce podniosło się wyżej. Ciepło zaczęło powoli wchodzić w ciało. Ruch stał się płynniejszy, pewniejszy. Zaskroniec ruszył dalej. Przyszedł czas na pierwsze wiosenne śniadanie. Gdzieś w trawie zauważył ruch. Może to nornica? Będzie dobra, aby nabrać tuszy po zimie.

Dlaczego warto mieć zaskrońca w ogrodzie?
Zaskroniec zwyczajny to niegroźny i pożyteczny dla ogrodników gad. Jest niejadowity. Poluje głównie na żaby, kijanki i drobne ryby (zaskroniec znakomicie pływa), czasem na małe gryzonie, a sporadycznie także na ślimaki bezmuszlowe.
Jego obecność to znak, że ogród jest miejscem zdrowym, pełnym życia i wystarczająco gościnnym, by zaprosić nawet węża z poczuciem humoru.
Zaskroniec zwyczajny zimuje w kryjówkach takich jak nory, sterty gałęzi, kompost czy przestrzenie pod korzeniami. Wybudza się wczesną wiosną, gdy temperatura otoczenia pozwala na aktywność, ponieważ jako gad jest zmiennocieplny i potrzebuje zewnętrznego ciepła do regulacji metabolizmu.
Zaskroniec ze zdjęcia żyje w naszym ogrodzie. Ma norkę pod żywopłotem. Wygląda na samicę (są większe), więc daliśmy jej na imię Nagini.
Leśnołaz – chodzi ścieżkami, których nikt nie rysuje na mapach. Zatrzymuje się tam, gdzie oddycha cisza. Odrobina przygody, szczypta wiedzy, poezji i światła między liśćmi. A w tym wszystkim duchowe spojrzenie na Przyrodę, która mówi do tych, co słuchają.
lesny.lesnolaz@gmail.com
https://www.facebook.com/lesnolaz


0 komentarzy