Historia pewnej drogi
W sali obrad pachniało kawą, tonerem do drukarki i lekką paniką. Panika była świeża, bo mieszkańcy przyszli wcześniej niż zwykle, a to zawsze oznaczało kłopoty. Urzędnicy lubią mieszkańców głównie w formie statystycznej. Najlepiej w Excelu. Człowiek w sali obrad ma tendencję do zadawania pytań.
Na ścianie wisiała mapa lasu. Jeszcze. Przez środek mapy biegła gruba czerwona linia. Czerwony jest w urbanistyce bardzo praktyczny. Od razu wiadomo, którędy pójdzie postęp.
Przewodniczący Komisji Rozwoju, Infrastruktury i Delikatnego Rozdeptywania Przyrody chrząknął i poprawił mikrofon. Na czole błyszczały mu kropelki potu.
– Punkt siedemnasty. Budowa drogi przez las.
– Przez który las? – spytała starsza mieszkanka w zielonej kurtce.
– Przez ten mało istotny – odpowiedział urzędnik z uśmiechem człowieka, który nigdy nie widział lasu inaczej niż na slajdzie w PowerPoincie.
– Ale tam są stare sosny. I dęby. To w ogóle jest starolas.
– Właśnie dlatego droga będzie malownicza.
Na środku sali siedział inwestor. Był to człowiek o twarzy przypominającej dobrze dokręcony słoik ogórków konserwowych. Miał garnitur w kolorze mokrego gołębia i spojrzenie człowieka, który potrafi sprzedać klimatyzator podczas pożaru.
– Szanowni państwo – zaczął miękko – my nie niszczymy przyrody. My ją otwieramy komunikacyjnie.
– Las nie prosił o otwarcie – mruknął ktoś z tyłu.
– Las nie złożył oficjalnego stanowiska – odparł inwestor.
Wiceburmistrz poprawił okulary.
– Musimy myśleć przyszłościowo. Droga pobudzi rozwój.
– Czego? – spytał chudy mężczyzna z plecakiem.
– Infrastruktury.
– A konkretnie?
– No… infrastruktury infrastrukturalnej.
To zabrzmiało tak poważnie, że kilka osób niemal zaczęło klaskać.
W Polsce istnieje szczególna odmiana języka urzędowego. Jest to dialekt, w którym „wycinka” staje się „korektą zieleni”, „beton” „uporządkowaniem przestrzeni”, a „zniszczenie siedliska” „minimalizacją konfliktu środowiskowego”. Dzięki temu człowiek może spokojnie zasypać mokradło i nadal czuć się humanistą.
– Czy inwestycję konsultowano z parkiem krajobrazowym? – zapytał ktoś. – Przecież tu jest park krajobrazowy.
Urzędnicy spojrzeli po sobie z lekkim zakłopotaniem. Tak patrzą ludzie, którzy właśnie odkryli, że zapomnieli zabrać spadochronu, ale samolot już wystartował.
– Formalnie… jesteśmy na etapie dialogu.
– Czyli?
– Jeszcze im nie powiedzieliśmy.
Inwestor westchnął teatralnie.
– Emocje są niepotrzebne. Droga będzie ekologiczna.
– W jaki sposób? – spytała kobieta w jasnej sukience.
– Będzie miała biologicznie czynne pobocze.
To zdanie zrobiło na sali ogromne wrażenie. Nawet mucha zatrzymała się w locie, żeby sprawdzić, czy dobrze usłyszała. Mieszkańcy w pierwszym rzędzie trzymali wydrukowane mapy, zdjęcia sów, petycje i resztki nadziei. To była nierówna walka. Mieszkańcy mieli argumenty, a inwestor miał prezentację multimedialną. We współczesnych starciach prezentacja zazwyczaj wygrywa w stosunku jeden do dziesięciu.
– Na tym obszarze żyją chronione gatunki – powiedziała biolożka z pobliskiej szkoły średniej.
– Oczywiście – odpowiedział urzędnik. – Dlatego przewidzieliśmy nasadzenia kompensacyjne.
– Gdzie?
– W Internecie.
Zapadła chwila ciszy.
– To znaczy???
– Wizualizacje są już gotowe.
W Polsce bardzo kocha się nasadzenia kompensacyjne. To piękna idea. Wyciąć stuletni las i posadzić siedem patyków przy trasie szybkiego ruchu. Administracyjnie bilans się zgadza. Przyrodniczo przypomina to sytuację, w której po spaleniu biblioteki ktoś oddaje zakładkę do książki.
Z końca sali odezwał się leśnik.
– Tam żyją włochatki.
– I bardzo dobrze – odpowiedział radny. – Będą miały lepszy dojazd.
– To sowy.
– Tym bardziej.
Radny od inwestycji pochylił się nad mikrofonem.
– Proszę państwa. Nie można zatrzymywać postępu. Kiedyś protestowano przeciw kolejom, a teraz cieszymy się z ich istnienia.
– Kolej przynajmniej wozi ludzi – odpowiedziała mieszkanka. – A ta droga dokąd prowadzi?
Zapadła cisza. To było pytanie niebezpieczne, bo konkretne.
W Polsce bardzo często buduje się drogi według starożytnej zasady: „najpierw asfalt, potem zobaczymy”. Droga sama znajdzie sens swojego istnienia. Przyjdzie developer, market albo magazyn. Natura niepotrzebnie panikuje. Gdyby drzewa umiały czytać budżet dzielnicy, też byłyby spokojniejsze.
– Słyszałem – powiedział cicho jeden z mieszkańców – że działki obok nagle zyskały na wartości.
Na sali zrobiło się nieswojo. To był ten rodzaj ciszy, który zwykle pojawia się przed burzą albo po słowie „prokurator”.
– To insynuacje – odparł inwestor.
– Oczywiście – przytaknął urzędnik. – Zupełnie przypadkowe jest też to, że brat kuzyna szwagra wykonawcy zna się od lat z człowiekiem przygotowującym dokumentację.
– Polska jest małym krajem – westchnął radny.
– Zwłaszcza przy przetargach.
Ktoś parsknął śmiechem. Ktoś inny westchnął ciężko. Na sali unosiło się zmęczenie ludzi, którzy po raz setny słyszeli, że wycinka jest dla ich dobra.
To ciekawe zjawisko społeczne. W Polsce niemal każdą drogę buduje się „dla mieszkańców”, choć mieszkańcy zwykle dowiadują się o tym ostatni. Najpierw dokumenty trafiają do odpowiednich szuflad, potem do odpowiednich kolegów, potem do odpowiednich rodzin, a dopiero na końcu do społeczeństwa, które z rozczulającą naiwnością nadal uważa, że konsultacje społeczne służą konsultowaniu.
Przewodniczący chrząknął.
– Chciałbym przypomnieć, że czas wypowiedzi mieszkańca wynosi trzy minuty.
– A ile czasu miała firma przygotowująca projekt?
– Dwa lata.
W kącie siedział młody urzędnik. Jeszcze nie całkiem złamany przez system. Nerwowo obracał w palcach długopis.
– Może warto jeszcze raz przeanalizować wariant omijający las? – zaproponował cicho.
Sala spojrzała na niego z niepokojem. Tak patrzy się na człowieka, który podczas rodzinnego obiadu wspomina o uczciwości. Starszy naczelnik wydziału położył mu rękę na ramieniu.
– Kolego… jeśli zaczniemy omijać wszystko, co cenne przyrodniczo, to gdzie my w końcu zbudujemy tę drogę?
To był moment szczerości. Krótki, nagi i piękny niczym salamandra wychodząca spod kamienia. Bo prawda jest taka, że współczesna cywilizacja panicznie boi się pustej przestrzeni. Las wydaje się wielu ludziom czymś niewykorzystanym. Jeśli ziemia nie zarabia, to według tej filozofii popełnia moralne zaniedbanie. Drzewo stojące sto lat jest dla nich mniej wartościowe niż parking z terminem zwrotu inwestycji.
– Proszę państwa – odezwał się inwestor – mieszkańcy potrzebują nowoczesnej infrastruktury.
– Mieszkańcy potrzebują też ciszy – odpowiedział ktoś z tyłu.
– Cisza nie generuje podatków.
Tu niestety miał trochę racji. Współczesny świat ma ogromny problem z rzeczami, których nie da się sprzedać. Stary las jest ekonomicznie podejrzany. Nie emituje reklam, nie pobiera abonamentu i bezczelnie produkuje tlen za darmo.
Na ekranie pojawiła się wizualizacja nowej drogi. Zielone drzewa, szczęśliwi rowerzyści, dzieci puszczające latawce. Ani jednego korka. Ani jednego tira.
– To zdjęcie z Danii? – spytał ktoś z głębi sali.
– Nie. To wizja.
Wtedy odezwała się drobna kobieta siedząca pod ścianą.
– Ja tylko chciałam powiedzieć, że tam codziennie chodziłam z ojcem na spacery. Jeszcze zanim umarł. I że mój syn teraz tam obserwuje chrząszcze. I że może nie wszystko trzeba zamieniać w drogę.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Bo istnieje coś, czego bardzo nie lubią zarówno inwestorzy, jak i urzędnicy. Pamięć miejsca. Ona nie mieści się w tabelach. Nie da się jej wpisać do raportu oddziaływania na środowisko. Nie można jej przesadzić w donicy obok ronda.
Las dla mieszkańców nigdy nie jest tylko lasem. To miejsce pierwszych spacerów, grzybobrań, pocałunków, milczenia po pogrzebie, obserwacji dzięcioła, który wracał co roku do tej samej sosny. Ale dla systemu wszystko wygląda inaczej. System patrzy na mapę i widzi „teren inwestycyjny”. Człowiek patrzy na ten sam las i widzi kawałek własnego życia. I dlatego tak trudno im się dogadać. Zwłaszcza kiedy jedna strona mówi językiem pamięci, a druga językiem przetargu.
Za oknem rozległ się nagle dźwięk piły spalinowej. Krótki. Metaliczny. Ostateczny. Ktoś z mieszkańców odwrócił głowę w stronę okna.
– Już zaczęli?
Urzędnik spojrzał na zegarek.
– Nieformalnie jeszcze nie.
– A formalnie?
– Formalnie drzewa dowiedzą się jutro.
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i wydarzeń jest oczywiście zupełnie przypadkowe.



Q.. piękne.
Niestety.