Krytyczne spojrzenie na Budżet Obywatelski
W tym roku mamy już kolejną edycję Budżetu Obywatelskiego (BO) w naszym mieście. Jest on często przedstawiany jako narzędzie wzmacniania partycypacji społecznej, jednak jego rzeczywista rola bywa ograniczona. W praktyce mieszkańcy nie decydują o strategicznych kierunkach rozwoju miasta, lecz wybierają spośród wcześniej dopuszczonych propozycji, które zazwyczaj mają niewielką skalę i nie wpływają na kluczowe polityki publiczne.
Należy zauważyć, że zamiast na innowacyjne pomysły mieszkańców, pieniądze z BO idą na zadania, które i tak powinny być zrealizowane przez miasto z normalnego budżetu – np. remonty dziurawych chodników, ocieplanie szkół czy zakup książek do bibliotek. Mieszkańcy czują się zmuszeni do głosowania na podstawową infrastrukturę, zamiast na „coś ekstra” co zmieni ich otoczenie bliższe lub dalsze od domu, pracy, szkoły, tudzież komfort codziennego życia na lepsze.
Dominacja „instytucji” i grup interesu
Ciekawostką, która jest logiczna i ma sensowne, proste wytłumaczenie, są częste wygrane projekty zgłaszane przez szkoły, przedszkola czy kluby sportowe. Odpowiedź na pytanie, dlaczego jest oczywista – bo mają gotową bazę głosujących – rodziców, starsze rodzeństwo, babcie, dziadków, ciocie i wujków, trenerów etc. – którzy są żywotnie zainteresowani, by ich dziecko, podopieczny lub zawodnik miał lepsze warunki do nauki i treningu. Należałoby się jedak zastanowić, czy w regulaminie BO, nie powinien być „bezpiecznik”, który nie pozwoli by jakaś część z puli pieniędzy przeznaczonej na dane osiedle powędrowała do placówek oświatowych. Pojedynczy mieszkaniec z ciekawym, ale niszowym pomysłem nie ma szans w starciu z „maszynką do głosowania” dużej szkoły.
Jak pokazują statystyki w wielu miastach w głosowaniu bierze udział tylko kilka procent mieszkańców. Skoro decyduje tak mało osób, to czy to faktycznie jest „wola ludu”? Przeciwnicy twierdzą, że budżet zostaje przejęty przez małą, dobrze zorganizowaną grupę aktywistów, którzy forsują pomysły niekoniecznie pasujące reszcie (np. likwidacja miejsc parkingowych na rzecz zieleni – słynna sprawa na Pradze Południe), gdzie nawet cześć mieszkańców nie miała świadomości, że toczy się głosowanie w sprawie ich podwórka. No i to jest ciekawa kwestia, kiedy to inni decydują o naszym najbliższym otoczeniu….
Podobnie ma się sprawa ze spacerami, przejażdżkami rowerowymi, dokarmianiem kotów i resztą dziwnych projektów, które są zgłaszane do BO.
Opóźnienia
Urzędy często nie wyrabiają się z realizacją projektów w rok. Wiele zadań „wisi” latami, co budzi frustrację i spadek zaufania do systemu. Wszak czasem proste sprawy potrafią się mocno wydłużyć, przez co obowiązkowy rok na realizację projektu jest trudny do osiągnięcia dla projektów bardziej skomplikowanych. Częstym kłopotem jest też niedoszacowanie kosztów projektu przez zgłaszających. Ceny materiałów budowlanych i pracy rosną tak szybko, że projekt wyceniony w marcu, w grudniu jest już niemożliwy do wykonania za te same pieniądze. To generuje kolejne trudności. No i na koniec koszty utrzymania tych „inwestycji”. Niestety miasto musi utrzymać to, co powstanie z „woli ludu” (np. serwisować nową tężnię solankową), co generuje stałe wydatki w przyszłości, o których głosujący rzadko myślą.
Z tego powodu mechanizm ten bardziej przypomina plebiscyt niż pełnoprawne głosowanie. W klasycznym głosowaniu obywatele współkształtują decyzje, mają wpływ na ich zakres oraz zasady. W budżecie obywatelskim zakres wyboru jest z góry ograniczony — mieszkańcy wskazują jedynie preferencje spośród projektów już przefiltrowanych przez administrację. Nie decydują o tym, jakie obszary wymagają inwestycji ani jakie kryteria powinny obowiązywać. Podstawową wadą tego „głosowania” jest brak możliwości oddania głosu na „nie” oraz brak możliwości wstrzymania się od głosu. Przez brak w/w opcji, trudno nazwać głosowaniem wybór projektów w BO, tylko jedyne prawdziwe określenie to właśnie plebiscyt.
Mam nadzieję, że kiedyś wreszcie mieszkańcy się obudzą i wywrą presję na urzędnikach z ratusza w celu dokonania zmian w regulaminie BO, poprze dodanie opcji głosu na „nie” oraz „wstrzymuję się od głosu”. Teoretycznie mała kosmetyczna zmiana w regulaminie, a ile radości mieliby zwolennicy demokracji. Z drugiej strony blady strach mógłby paść na autorów części projektów, bo przecież możemy sobie wyobrazić sytuacje, że niektóre projekty nie dostają żadnego głosu na „tak”…
Rafał Drobnik
radny osiedla Radość


Częstko ktoś zgłasza jakiś pomysł, który de facto jest jego żródłęm zarobku.