Na tropie zbrodni
Pan Mieczysław obejrzał w życiu wiele seriali true crime. Miał wykupiony abonament Netflixa, słuchał podcastów Kryminatorium i śledził wpisy powiatowej komendy policji. Potrafił rozpoznać seryjnego mordercę po sposobie otwierania furtki, a przynajmniej tak mu się wydawało. Gdy więc pewnego czerwcowego poranka znalazł na grządce trzy zwiędłe sałaty, wiedział jedno. Doszło do przestępstwa.
Ostrożnie zbliżył się do pierwszej ofiary, aby nie zadeptać śladów dla potrzeb prokuratorskiego śledztwa. Obejrzał korzenie. Patyczkiem po lodzie zmierzył głębokość uszkodzeń. Potem wyjął notes i zrobił minę jak bohaterowie „Zbrodni po sąsiedzku”.
„Ofiara nr 1. Stan: nie żyje. Motyw sprawcy nieznany”.
Przy drugiej sałacie dopisał: „Sprawca prawdopodobnie działa seryjnie”.
Przy trzeciej: „Wysoce prawdopodobne, że mamy do czynienia z psychopatą”.
Już po godzinie głównym podejrzanym został turkuć podjadek. Nie dlatego, że były dowody. Po prostu wyglądał „winnie”. Trudno było oprzeć się takiemu wrażeniu. Turkuć ze swoim „niskim czołem” i „szerokimi barami” był wprost idealnym kandydatem na sprawcę.
Pan Mieczysław rozpoczął śledztwo. Zaczął od przeczytania relacji świadków na grupach działkowców.
„Zniszczył pół ogródka”. „Przekopał grządki lepiej niż mój mąż, ale gorzej niż ten przystojny sąsiad”. „Na działce mam kreta, mszyce i turkucia. Jeszcze tylko dzika brakuje i otwieram safari”. „Gdyby turkuć płacił mi za szkody, miałbym już nową szklarnię”. „Wyszedł z ziemi i patrzył”.
To ostatnie szczególnie go zaniepokoiło. Przecież każdy prawdziwy przestępca prędzej czy później wraca na miejsce zbrodni. Dlatego przez kilka kolejnych dni prowadził obserwacje. Chodził po ogrodzie. Fotografował dziury. Mierzył tunele. Tworzył mapy. Sąsiadom przedstawiał kolejne hipotezy. W końcu odkrył świeży korytarz. To był przełom w śledztwie. Przynajmniej tak sądził. Chwycił saperkę, którą miał jeszcze z czasów powszechnej służby wojskowej, i ruszył tropem. Tunel prowadził pod sałatą. Potem pod marchewką. Następnie skręcał w stronę malin. Pan Mieczysław kopał dalej. Tunel się rozgałęził. Potem rozgałęził się ponownie. Po kolejnych kilku metrach pojawiły się następne przejścia.
I właśnie wtedy śledztwo zaczęło wymykać się spod kontroli. Bo pod jego ogródkiem znajdowało się całe podziemne miasto. Nie metaforycznie. Naprawdę. Były tam korytarze dżdżownic. Komory larw chrząszczy. Kryjówki pająków. Schronienia różnych owadów. Korzenie drzew oplecione grzybnią, przypominającą sieć światłowodów. Tysiące mieszkańców prowadzących własne sprawy bez najmniejszego zainteresowania ludzkimi dramatami dotyczącymi sałaty.
Pan Mieczysław siedział nad wykopanym dołem i czuł się trochę jak archeolog, który próbował znaleźć zgubiony guzik, a przypadkiem odkrył Atlantydę. Nagle cała sprawa zrobiła się znacznie bardziej skomplikowana. W kryminałach jest łatwo. Jest ofiara. Jest sprawca. Jest rozwiązanie. Tymczasem pod ziemią funkcjonowało społeczeństwo tak złożone, że niektóre gminy mogłyby się od niego uczyć organizacji.
Mimo to śledztwo trwało. I wtedy nastąpił wielki sukces. Pewnego wieczoru pan Mieczysław rzeczywiście schwytał turkucia. Podejrzany został zatrzymany podczas przemieszczania się przez sektor północny, w pobliżu kompostownika. Nie stawiał oporu. Głównie dlatego, że był owadem. Pan Mieczysław umieścił go w przezroczystym pojemniku i poszedł spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Następnego ranka odkrył kolejną zwiędłą sałatę. Potem jeszcze jedną. A następnego dnia następną. Przez dłuższą chwilę patrzył na pojemnik. Turkuć patrzył na niego. Była to jedna z tych niezręcznych sytuacji, kiedy człowiek zaczyna podejrzewać, że właśnie oskarżył niewłaściwego mieszkańca ogrodu. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie wypłacić mu odszkodowania za straty moralne. A śledztwo? Śledztwo trzeba było rozpocząć od nowa.
Dopiero wtedy pan Mieczysław zaczął naprawdę patrzeć. Nie szukał już potwora. Szukał odpowiedzi. I znalazł ją kilka dni później. Winne okazały się nornice. Niewielkie. Niepozorne. Urocze na zdjęciach w Internecie. Dokładnie takie, jakie bywają najlepsze czarne charaktery. Ted Bundy byłby z nich dumny.
Turkuć został oczyszczony z zarzutów. Pan Mieczysław wypuścił go na wolność. Patrzył jak owad znika w swoim tunelu. Potem spojrzał na ogród. A właściwie na to, co znajdowało się pod nim. Przez całe życie wydawało mu się, że ziemia jest po prostu miejscem, w które wkłada się nasiona. Teraz wiedział, że pod każdą grządką istnieje drugi świat. Starszy od ludzkich ogrodów. Bardziej skomplikowany niż większość rad osiedli, o zasadach ze stopniem złożoności porównywalnym chyba tylko z przepisami podatkowymi. Pełen stworzeń, których losy splatają się każdego dnia w sposób niewidoczny dla człowieka.
I nagle przyszła mu do głowy niepokojąca myśl. A co, jeśli większość stworzeń uznawanych za szkodniki ma pecha tylko dlatego, że człowiek poznał je wyłącznie z aktu oskarżenia? Bez przeprowadzenia porządnego procesu? Z dwunastoosobową ławą przysięgłych? Turkuć nadal wyglądał podejrzanie. Tego nie dało się ukryć. Ale po raz pierwszy pan Mieczysław zaczął podejrzewać, że wygląd nie jest najlepszym źródłem wiedzy o czyimś charakterze. Zwłaszcza jeśli chodzi o mieszkańców podziemnego miasta.
Turkuć podjadek należy do nielicznej grupy owadów wykazujących rozwinięte zachowania opieki nad potomstwem. Samica buduje w glebie specjalną komorę lęgową, składa w niej jaja, a następnie przez dłuższy czas przy nich pozostaje. Utrzymuje odpowiednią wilgotność i higienę komory, ograniczając rozwój grzybów oraz zwiększając szanse prawidłowego rozwoju nowego pokolenia. Po wykluciu młode nimfy przebywają jeszcze przez pewien czas w pobliżu gniazda, chronionego przez matkę. W świecie owadów jest to zachowanie stosunkowo rzadkie i zaliczane do bardziej rozwiniętych form opieki rodzicielskiej.
Turkuć jest organizmem wszystkożernym. Oprócz podziemnych części roślin odżywia się wieloma bezkręgowcami glebowymi, w tym larwami innych owadów, spośród których część uznawana jest za szkodniki upraw. Jego rola ekologiczna okazuje się więc znacznie bardziej złożona niż sugeruje popularny wizerunek „niszczyciela grządek”.
W wielu regionach Europy liczebność tego gatunku spada wskutek osuszania siedlisk, intensywnej chemizacji rolnictwa oraz zaniku wilgotnych terenów, które stanowią jego naturalne środowisko życia.

Leśnołaz – chodzi ścieżkami, których nikt nie rysuje na mapach. Zatrzymuje się tam, gdzie oddycha cisza. Odrobina przygody, szczypta wiedzy, poezji i światła między liśćmi. A w tym wszystkim duchowe spojrzenie na Przyrodę, która mówi do tych, co słuchają.
lesny.lesnolaz@gmail.com
https://www.facebook.com/lesnolaz


0 komentarzy