Kot w przestrzeni miejskiej
Relacja między człowiekiem i kotem jest stara, ale poglądy na nią stale się zmieniają. Pożyteczny czy szkodliwy? Rodzimy czy obcy? Wypuszczać czy zamykać? Fronty rozbieżnych opinii szarpią nerwami tak, że kota można dostać. O nastawieniu mieszkańców Wawra sporo mówi budżet obywatelski, w którym sprawy kocie są wyjątkowo dobrze widziane.

Od żbika przychodzącego do kota wychodzącego
Przyjaźń między człowiekiem a małymi kotami (rodzaj Felis) rozwijała się razem z rolnictwem. W północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie może to trwać 9 tysięcy lat lub więcej, i stamtąd pochodzi najbliższy przodek naszych mruczków – kot nubijski, zwany też żbikiem afrykańskim. Na terenach dzisiejszej Polski były najprawdopodobniej dwie fazy: zbliżające się do ludzi żbiki europejskie (Felis silvestris) to licząca kilka tysięcy lat relacja bez pełnego udomowienia. Być może podobna do dzisiejszej więzi z bocianem.
Kot w pełni domowy – potomek kota nubijskiego, pojawił się razem z rzymskimi wyprawami kupieckimi, a rozpowszechnił dopiero w średniowieczu. Zwierzak ten mocno nabroił w swojskim pojęciu „gatunku”. Gdyby zastosować prostą definicję, że do jednego gatunku zaliczamy organizmy, które, spontanicznie się krzyżując, osiągają płodne potomstwo – to kot nubijski, kot domowy, żbik europejski i wszystkie pośrednie mieszańce byłyby jednym gatunkiem.
Subtelniejsze kryteria ukazują tu dwa pokrewne gatunki: kota nubijskiego i żbika europejskiego, których drogi ewolucyjne za sprawą zlodowaceń rozeszły się niedawno – około 200 tysięcy lat temu. Z pomocą człowieka zaczęły się zaś mieszać ponownie. Ale to są tylko słowa, a koty mają je w takim poważaniu, że „czystej krwi” żbika europejskiego lub kota nubijskiego już praktycznie się nie spotyka. I co tu się dzieje? Czy tracimy te dwa dawne gatunki, czy może rośnie różnorodność i właśnie powstaje kilka nowych? Mimo ubolewania nad skundleniem naturalnych populacji, naukowcy nie kryją, że mieszańce są sprawniejsze i bardziej odporne.
Wolno żyjący, bezdomny czy wypuszczany?
Koty wprowadziły zamęt również w prawie. Polskie przepisy ochrony przyrody uznają, że miasto ma swój ekosystem, a zwierzęta, które w nim żyją na swobodzie, mają te same prawa, co zwierzęta w naturze. Do tej grupy zalicza się kot wolno żyjący, i to on jest w Warszawie otaczany opieką jako pożyteczny tępiciel gryzoni. Mieszkańcy Wawra kilkukrotnie wsparli tę grupę kotów w budżecie obywatelskim, głosując na karmę, sterylizację i domki.
Czym innym jest kot bezdomny, czyli taki, który nie potrafi przeżyć samodzielnie i potrzebuje pełnej opieki – tym dedykowane są schroniska i adopcje.
W 2022 roku rozstrzygnięto konkurs architektoniczny na budynek schroniska dla 300 bezdomnych kotów. Ma to być „kocia” filia schroniska na Paluchu. W budynku przewidziano m.in. spokojne warunki leczenia i opieki – bez hałasu i zapachów związanych z obecnością psów. Realizację obiektu mającego stanąć przy ul. Wał Miedzeszyński 76 zaplanowano początkowo na 2025 jednak jego budowa jeszcze się nie rozpoczęła.

w Wawrze, przy Wale Miedzeszyńskim. Źródło: Urząd m.st. Warszawy / Materiały prasowe inwestora.
Jeszcze inną kategorią są posiadające właścicieli koty wychodzące. Nie istnieje wyrażony wprost zakaz wypuszczania kotów, ale jest nakaz kontroli i mocne obciążenie odpowiedzialnością za to, co kot może napsocić (np. nabrudzić, niszczyć rośliny) lub co może się mu przydarzyć (wpaść pod samochód). Nasila się więc tendencja do zamykania kotów w domu.
Pożyteczny czy szkodliwy?
Dla człowieka kot jest odwiecznym sprzymierzeńcem w zwalczaniu i odstraszaniu gryzoni. To się nie zmieniło: dokarmiany czy nie, wolno żyjący czy wychodzący – kot zawsze poluje najchętniej na małe ssaki (3/4 zdobyczy) i na drobne ptaki (1/4 zdobyczy). W skali dużego miasta likwiduje ich miliony. Tylko że obecnie niemal wszystkie drobne ptaki to gatunki chronione, a wśród małych ssaków też zrobiło się ich sporo: ryjówki, wiewiórki, chomik europejski. Do tego wiele niechronionych gryzoni przeniesiono z kategorii „szkodnik” do zwierząt pożytecznych. Są to myszy polne, norniki, nornice i inni wyjadacze plonów. Gatunki te w mieście zyskały status wartościowego pokarmu dla ptaków drapieżnych. W tym nowym spojrzeniu kot eliminuje więcej zwierząt pożytecznych niż niepożądanych. Nie odebrano mu jednak godności płoszyciela: zapachowy „krajobraz strachu” wywołany obecnością kotów, tak jak dawniej, skłania myszy domowe i szczury do omijania ich terytoriów i ukrywania się. Jeśli więc zobaczycie np. przy stacji metra Śródmieście radosne pląsy szczurów na rabatkach, pośród milionów przechodniów i ich psiaków na smyczy, to macie materiał do przemyślenia, czy aby dostanie kota nie bywa jednak korzystne.
Jak będzie wyglądało miasto bez wolnych kotów?
W miarę jak przybywa ludzi i miejskich przestrzeni, populacja naszych pupili – psów i kotów – coraz mocniej góruje nad liczebnością zwierząt dzikich. Dlatego myślenie o chronieniu przyrody przed kotem przesłania jego tradycyjne zasługi. Widać to po zaostrzających się przepisach w wielu krajach europejskich, a także poprzez nasz budżet obywatelski – po słabnącej chęci wspierania kotów wolno żyjących. Oznacza to, że kotów w przestrzeni miejskiej będzie ubywać.
Rezygnując z usług kociej populacji, będziemy musieli wziąć na siebie większą niż do tej pory część kontroli gryzoni. W zasadzie i tak to człowiek zabija większość myszy i szczurów w mieście, więc po prostu trzeba będzie zlikwidować o kilka milionów rocznie więcej. Jednak jako główne narzędzie ciągle mamy trucizny o działaniu krwotocznym, zadające ofiarom powolną śmierć w wielkim cierpieniu. I chociaż te preparaty są coraz lepiej zabezpieczone przed zjedzeniem przez dzieci, to giną przez nie te same chronione ssaki, które schwytałby kot, oraz drapieżne ptaki, dla których otrute gryzonie są łatwą zdobyczą. Tu znowu odzywa się głos warszawiaków płynący z budżetu obywatelskiego: wielokrotnie proponowane były bardziej nowatorskie i humanitarne metody – inteligentne pułapki lub antykoncepcja. Niestety nasze sztywne prawo sprawiło, że żaden z tych projektów nie został dopuszczony do głosowania. Zdziałały tyle, że te przyszłościowe pomysły są obecne w debacie o zarządzaniu miejskim ekosystemem.
Przyrodnicy dość zgodnie uważają, że brak pokarmu jest nawet skuteczniejszą kontrolą populacji niż drapieżnictwo, więc ubywający wpływ kota dałby się zastąpić lepszym pilnowaniem śmieci. Trzeba by również skończyć z rzucaniem chleba gołębiom i kaczkom.
Biologia natomiast poucza, że z zasobów zwierzyny uwolnionych przez kota skorzystają inne drapieżniki polujące w podobny sposób. Pierwsze w kolejce do wzrostu populacji są kuny (mamy leśną i domową). Do tego w Warszawie spotykamy łasicę, gronostaja i tchórza. Czy te gatunki zagrażają ptakom? Oczywiście. A dokuczają ludziom? I to tak, że kota można dostać, ale jako rodzime i dzikie mają do tego prawo.
Dorota Wrońska
mgr biologii środowiskowej UW, animatorka zajęć Klubu Młodego Odkrywcy „Skarby Pobliża”


0 komentarzy