Sianie ziół

Wiosenną radość z siania ziół można osiągnąć na różne sposoby. Najprostszy to kupno torebeczki nasion oraz opakowania ziemi z napisem „uniwersalna”. Sieje się, podlewa i pieli. Ale przyrodnicy kręcą nosem na gotowe podłoża na bazie torfu. Torfowiska w Unii Europejskiej są chronione, więc do naszych ogrodów trafia torf pozyskany rabunkowo gdzieś za wschodnią granicą. Poza tym roztrzepany przyrodnik może przegapić podlewanie, a chwastów będzie mu żal – i nic z tego nie wyjdzie.

Zamiast zastanawiać się, jakie zioła mu się podobają, amator botaniki bardziej zwraca uwagę na to, co podoba się ziołom.

Bogate ubóstwo
Dzikie zioła mają inne gusta niż rośliny ogrodowe. Ogromna większość gatunków leczniczych i aromatycznych to mieszkańcy łąk i ugorów. W Wawrze na codziennym spacerze znajdziecie miejsca, gdzie rosną obok siebie: rumianek, dziurawiec, krwawnik, szczaw, babka lancetowata lub pospolita, a do tego mniszek lekarski, wiesiołek, wrotycz, piołun i dzika marchew. Jeżeli tak to wygląda w klimacie umiarkowanym, to jakie bogactwo ziół musi być w tropikach? Otóż wcale nie większe. Pod tym względem roślinność łąk i pastwisk, która wywodzi się z polan i obrzeży lasów, nie ma sobie równych.

Tylko jak to osiągnąć w ogrodzie, skoro zioła lubią same wybierać sobie towarzystwo i miejsce? Taka roślinna społeczność, tworząca zgraną drużynę, nazywa się zbiorowiskiem, a miejsce, które dzięki przystosowaniom i współpracy opanowuje – siedliskiem. Najpiękniejsza zielna łąka wyrośnie w siedlisku ubogim, nietkniętym sztucznymi nawozami i sklepowymi „superpodłożami”. Porzucone gleby uprawne zarastają monotonnymi płatami pokrzywy lub nawłoci kanadyjskiej, dlatego miejsca pod wartościowe przyrodniczo łąki odzyskuje się, zrywając brutalnie przenawożoną wierzchnią warstwę gleby. Zatem jeśli macie taki ubogi kącik, możecie spróbować wysiać dość rzadki zestaw nasion dostępny pod nazwą „łąka ruderalna” (tak naprawdę to „chwastowisko”, ale to nie brzmi ponętnie). Skład gatunków i tak ustali się według lokalnych warunków, a nie naszych życzeń.

Dziurawiec, łąka ruderalna, fot. D.Wrońska

Moc chwastu po naszej stronie
Ogród to nieustanna obrona hodowanych roślin przed dużo silniejszymi chwastami. Można ich nie cierpieć albo podziwiać, a zioła są właśnie wśród nich i raz zaproszone, będą się panoszyć. Jeśli wprowadzi się chrzan, to cały ogród będzie „do chrzanu”, a perz obróci go nam w perzynę. Strach pomyśleć, co się stanie, gdy przywędruje cykoria podróżnik. Skrzyp może wywołać niezły zgrzyt, przełażąc do sąsiada, a ten – nawet jeśli to wytrzyma – za nietępienie mniszka lekarskiego na pewno nas „prześwięci”.

Może nam jednak ujść na sucho hodowanie roślin nadwodnych, które dobrze będą pasowały tam, gdzie leje się deszczówka z rynny, a z tego miejsca daleko się nie oddalą. To się nazywa ogród deszczowy i jest ostatnio trendy, więc sklep ogrodniczy będzie miał odpowiednią mieszankę o nazwie „łąka wilgotna” lub „podmokła”. Znajdą się w niej: mięta, żywokost lekarski, babka lancetowata, krwiściąg, niekiedy kminek, a do tego dla ozdoby kwiaty: krwawnica i przepiękna przez cały rok tojeść rozesłana. Bardziej pionową przestrzeń przy rynnie zagospodaruje chmiel. Ostatnio jest bardzo modny – zwłaszcza sałatka z jego młodych pędów. Ale to już granica tematu, bo chmiel lepiej sadzić niż siać, więc wracamy do nasion.

Baldach marchwii latem. fot. D.Wrońska

Szukanie nasion jak gra w Pokémon GO
Wiem, bo gram w pokemony, a znajdowanie nasion zamiast ich kupowania to podobna frajda. Szczególnie dumna jestem z baldachów dzikiej marchwi, dlatego je Wam pokazuję. Za nami zima, w czasie której zioła – wbrew pozorom – nie próżnowały i choć wyglądały na martwe, rozgrywały ostrą walkę o miejsce na wiosenne kiełkowanie. Wystarczy potrącić suchy badyl i z wiatrem polecą nasiona inwazyjnej nawłoci. Jednak żeby w marcu roznieść przyczepione do ubrania nasiona rodzimego łopianu lub dzikiej marchwi, trzeba się dobrze naszukać, bo praktycznie wszędzie rośliny te zostały już wykopane przez dziki. Złapałam piętnaście pokemonów, zanim znalazłam jedną ocalałą marchewkę w miejscu, gdzie wyrastała ze szczeliny w asfalcie, a drugą za ogrodzeniem zbiornika przeciwpożarowego przy obwodnicy. Wysiałam je do Kanału Wawerskiego – osiądą na brzegu, gdy woda opadnie, i może przetrwają koszenie.

Czy taka zabawa ma sens? Moim zdaniem tak, szczególnie w miejscach ogołoconych z roślin np. przez parkowanie albo agresywne koszenie. Trzeba oczywiście uważać, żeby nie roznosić gatunków inwazyjnych, ani nie szarpać roślin chronionych. Ale na to jest inny sposób.

Rumianek, łąka ruderalna, fot. D.Wrońska

Ucieczka ogrodu do natury
Z roślinami chronionymi sprawa wygląda inaczej: zamiast je „siać, żeby mieć”, zabawniej jest „mieć, żeby je siać”. Dzięki temu ci, którzy uprawiają naturalne gatunki metodą ogrodniczą, mogą czuć się rozgrzeszeni z używania torfu i nawozów, bo pomagają gatunkom w opałach w powrocie do natury. Takimi roślinami z naszej okolicy, które w stanie dzikim są chronione, ale można je hodować, są: kocanki piaskowe, przylaszczka, sasanka, irys syberyjski, storczyki łąkowe, paproć pióropusznik strusi oraz konwalia i przebiśnieg. W oczku wodnym będzie to grzybień biały, a na jego brzegu arcydzięgiel litwor. One dla nas są bylinami, ale co roku poprzez nasiona lub zarodniki będą starały się uciec na zewnątrz i z moich obserwacji wynika, że im się to udaje. Pamiętajcie tylko, żeby wybierać odmiany tzw. botaniczne – czyli mniej efektowne, ale zdolne do przetrwania w naturze.

Dorota Wrońska
mgr Hydrobiologii opiekunka Klubu Młodego Odkrywcy „Skarby Pobliża”