Od Różanki do Różyczki

Z CYKLU: OPOWIADANIA WAWERSKIE. 14.

Na łąkach dogasają całe łany wrotyczu, nawłoci pospolitej, bylicy pospolitej. Wśród zielonych traw można ucieszyć się ciemnoróżowym kwiatem jeżówki purpurowej i rudbekii… Pomału zbliża się do znanego ogrodzenia… O, już furtka! Zamknięta. Nic dziwnego, doktor zawsze dbał o bezpieczeństwo. W lecie dyżurny zawsze musiał stać tutaj na straży. Zza ogrodzenia też dużo zobaczy. Przede wszystkim kwiaty. Udał się eksperyment! Sadzili różne gatunki, byliny i jednoroczne, najciekawsza miała być jesienna miechunka. Jej kwiaty przypominają pomarańczowe, chińskie lampiony. Dzieciaki koniecznie muszą to zobaczyć! Czy uda im się przyjechać jesienią z Warszawy? Tramwajem 24 z Gocławka, a potem łąkami tutaj…

Niewymowna jest pustka i cisza, gdy na znanym terenie nie ma nikogo z dwustu pięćdziesięciu żywych iskier… I te świerki… Tak wysokie, że zapierają dech w piersiach… W dodatku z klejnotami – spod gałęzi wystają kiście szyszek… Tacy z nich eleganci! Na siatce za placem zabaw z uwielbianymi przez dzieci drabinkami pięknie się czerwieni dzikie wino. Po drugiej stronie te bardzo słodkie, jadalne – ciemne, małe winogrona. Jabłonie się pochyliły, ciążą im niezebrane owoce. Szybko traci swoją szatę potężna stara lipa. Na ogród i drogę opadają żółte i czerwone liście. Jak ładnie…

Narwę w koszyk trochę jabłek, jeśli które dosięgnę i tych winogron z płotu. Zawiozę im do Warszawy, skoro już tutaj jestem. O, gotowe. To jeszcze dla ozdoby łodyga miechunki.

Jaka ona teraz wrażliwa na ogród, na przyrodę… A tak było jeszcze trzy miesiące wcześniej…

– Różo, mam pomysł dla Ciebie na sam środek wakacji. Nie będziesz się nudzić.

– Tak, mamo? Myślisz o jakimś wyjeździe…?

– Tak, codziennie będziemy wyjeżdżać albo zamieszkamy tam dłużej. Myślę o Czaplowiźnie, gdzie mieszka twoja babcia. Pamiętasz mojego kolegę, pana doktora Janusza Korczaka? Niedaleko twojej babci prowadzi letnie kolonie. Potrzebuje nas na nich do pomocy. Mnie, jako lekarza i ciebie do ogródka.

– Mamo, czy na pewno ja? Przez cały rok nic nie robiłam, wcale nie jestem tak dobra w ogrodzie. Znacznie lepsza za to w tym! – Róża podbiegła do pianina i zaczęła grać arię do opery „Czarodziejski flet” Amadeusa Mozarta.

– Różo, nie martw się, ja ci pomogę, mamy też książki, które cię w tym poprowadzą – pokazała na półkę. Pamiętasz naszą zabawę w wyszukiwanie miejsc związanych z twoim imieniem? W zeszłym roku poznałyśmy dawną fabrykę ceraty opatrunkowej Władysława Różyckiego.

– Rzeczywiście, poznałyśmy Różankę. Na końcu świata to było, jeszcze z Falenicą, w Aleksandrowie, gmina Wiązowna.

– No właśnie, ale ciekawe miejsce. Tak, mamo, ja nawet lubię stare fabryki. Czy w ogóle fabryki. Jak dobrze wiesz, mam praktyczną naturę. Nawet bazar Różyckiego mi się podoba. Ale ogród to nie to samo. Ogrody są dla romantyków.

– A to twoje granie, to nie rodzaj romantyzmu? I imię masz takie romantyczne. A ten ogród czy w ogóle to miejsce nazywa się Różyczka. A Janusz Korczak, właściwie Henryk Goldszmit – „Stary Doktór” lub „Pan Doktor” dla wychowanków z Domów Sierot jest lekarzem, pisarzem, pedagogiem, publicystą, działaczem społecznym, prekursorem i obrońcą Praw Dziecka. Człowiek zupełnie wyjątkowy. Ma też wspaniałego pedagoga, z którym pracuje, panią Stefanię Wilczyńską.

– A co to dokładnie ta Różyczka?

– Trzy lata temu, w 1922 roku, Stary Doktór wraz ze Stefanią Wilczyńską założyli filię Domu Sierot „Różyczka”, która mieści się w mojej rodzinnej Czaplowiźnie. Ta nazwa jest na pamiątkę zmarłej córki ofiarodawcy. Doktor od dawna był zdeterminowany, by nauczyć dzieci życia w realiach gospodarki, uprawy ziemi, bliskości przyrody. Jeździł z dziećmi na takie pobyty w miejsca wynajmowane. Odkąd dostał swoje miejsce – czy raczej jego Towarzystwo Pomoc dla Sierot dostało – marzy mu się, by jak największa liczba dzieci korzystała z letniego wypoczynku na wsi. Zdecydował o przeznaczeniu „Różyczki” na kolonie letnie i farmę dla dzieci.

– A co konkretnie musiałabym robić?

– Doktor jest w trudnej sytuacji finansowej. Marzy mu się, by letnia działka przyniosła jakieś dochody z uprawy warzyw. Do tej pory mu to nie wyszło. Jego dzieci z ulicy Krochmalnej wychowywały się w mieście. Ty jednak zawsze mieszkałaś w domu z ogródkiem. Sadziłyśmy razem marchew, sałatę, zioła. To samo będziesz robić tutaj.

– Mamo, z tego co pamiętam sadziłyśmy zawsze na wiosnę, a teraz środek lata.

– Teraz początek lipca. Przy dobrym nawodnieniu powinny wzejść niektóre warzywa w trzy tygodnie. Rzodkiewki, kalarepki… Będziesz próbować. A może coś już posadzili? Potem podlewanie i pielenie. W międzyczasie zajmiesz się też kwiatami.

– Czyli idę normalnie do pracy?

– Nie do końca. Z tego co wiem, jest też nadzorca farmy, będą też pracownicy fizyczni. Ty masz być jakby pośrednikiem pomiędzy nimi a dziećmi. Nadal jesteś dzieckiem, więc pozostajesz pod moją i doktora opieką.

– Wierzysz w Boga?

– Czy ja wierzę w Boga? Ja jestem Żyd. Czy Żyd może nie wierzyć w Boga? To już nie jest Żyd. To jakby ktoś się wyrzekł własnego ojca. Jakby ktoś się wstydził, że ten stary i powolny, cuchnie cebulą. A przecież to własny ojciec. Gdybym był bogaty… Gdybym był bogaty, to już nie był bym ubogi. A to znaczy – u Boga.

– Jakie jest imię twojego Boga?

– Miłość. Czyli jak Stary Doktor, który nie jest niczyim ojcem, chodzi od drzwi do drzwi i prosi o chleb dla swoich dzieci. Albo jak Icek się zleje w nocy, a pani mu przebierze pościel i wysuszy. Są też przykazania. Tak i tak – dobrze. A tak – źle. Żydzi to stary naród. Doświadczony. Rozmawiał z Bogiem.

– Dlaczego wy myjecie nogi po spacerach?

– To rytuał. Dla jednych higieniczny, dla innych starotestamentowy. W Piśmie jest na temat umywania nóg przed posiłkiem albo wejściem do domu gospodarza.

– W twoim domu też tak miałeś?

– Od dawna nie mam innego domu. Może to i lepiej. Rodzice nie umieją wychowywać własnych dzieci. Nie umieją z nimi nawet mówić. Ojciec zaraz trzaska drzwiami. Matka płacze. Oni chyba chcą, żeby ich dzieci były tym, co im się nie udało. Co przeszło im koło nosa. Z obcymi łatwiej. Doktor to ma sposoby. Widzi przed sobą człowieka. Nie syna, nie córkę, ale właśnie człowieka, który ma problemy. Coś chce – zrobić, znaczyć… I nie wie jak, nie umie, nie rozumie, wstydzi się…

Uczestnicy kolonii letnich w Gocławku, koloryzowane ręcznie jeszcze przed 1939 r.;
fot. z archiwum cyfrowego R. Wróblewskiego.

Wchodząc przez furtkę do Różyczki musisz przejść ścieżką wysadzoną jabłoniami. Stoi jeden duży dom na setkę dzieci. Na czas wakacji montowane są brezentowe namioty od amerykańskiego Czerwonego Krzyża, każdy na czterdzieści dzieci. Rozpoczęta jest budowa nowego domu. Wokół ścieżki do domu rosną jabłonie. Są też tutaj budynki gospodarcze, stajnie i obora. Obok naszego gospodarstwa jest wydzierżawiona ferma. Przy jej początkach miał pomagać znakomity agronom Bernard Dobrzyński. Zarządca fermy ma nazwisko Koszur. Wyjątkowym zaufaniem Korczaka cieszy się pracownik fizyczny, Jan Zalewski.

Prace na fermie rozpoczęto niemal od razu po nabyciu nieruchomości. Na początek uprawiano warzywa, przede wszystkim ziemniaki. Z tego pojawiły się pierwsze dochody, za które kupiono na początek dwie krowy. W kolejnym roku dokupiono trzy kolejne. Potem zlikwidowano warzywa i obsadzono teren drzewkami owocowymi. Dokupiono jeszcze trzy kolejne krowy. Ferma była nastawiona na zysk, bilansujący koszty prowadzenia gospodarstwa. Tymczasem koszty są ogromne – muszą takie być ze względu na nieustające potrzeby i nieustającą chęć niesienia pomocy ze strony pana Korczaka… W zeszłym roku przyjął tu 500 dzieci. W tym roku trochę rozsądniej – 318. Nie wszyscy są Żydami. Część z nich to podopieczni innych instytucji niż Dom Sierot.

Niezwykle interesujące jest otoczenie naszego gospodarstwa. To fabryka amunicji oraz cegielnia. Chodzimy obserwować fabryczny ruch, czasem nam się uda podpatrzeć prace zewnętrzne. Jeśli tylko jest czas. Bo plan zajęć mamy co dzień ściśle wypełniony. Pełnimy regularne dyżury. Jako starsza pomagam maluchom, myję je, podaję im posiłki. Potem idę do ogrodu. Rzeczywiście jestem odpowiedzialna za ogródek warzywny i kwiatowy, ale tylko na terenie domu, nie dotykam fermy. Zawsze mam kogoś, od jednej do kilku osób, przydzielonych do pomocy. Czasem jak nie mogę sobie poradzić, zapraszam do nas pana Zalewskiego. Jest bardzo przyjazny, silny i fachowy. Bo my, wiadomo, cierpimy na „agroanalfabetyzm”…

Doktor czasem narzeka, ale tylko po cichu, że nie jest to bardzo dobry teren na letnisko. Nie ma blisko ani rzeki ani jeziora. Żeby się wykąpać, trzeba chodzić do Wawra – tam są jeziorka leśne – lub jeździć nad rzekę Świder. Rzeka jest wspaniała, ale oznacza długą i męczącą podróż – trzeba dojść do stacji Wawer, dostać się do kolejki. Powrót przy odrobinie szczęścia trwa przynajmniej godzinę… Prawie codziennie zostajemy na miejscu… Tutaj wiadomo, tylko piaski i las.

Ale jakie te piaski, jaki las! Gdy tylko się pojawia Stary Doktor, wnosi w to miejsce wielką energię. Pomysły, ożywienie… Na przykład taka zwyczajna droga na piaski, koło dziesięciu minut spaceru. Żeby ją jakoś urozmaicić doktor zaprzęga nas w lejce… parowozu. I już się bawimy w odjazd, ruszanie, przyspieszanie… Albo te mrówki w lesie. Nigdy nie przypuszczałam, że mogą by takie ciekawe. A tu doktor mówi: przyjrzyj się mrowisku, odszukaj wejścia do mrowiska… W jakiej części mrowiska znajdują się owady? I zadania domowe: naszkicuj położenie, wygląd mrowiska (czy znajduje się w cieniu, słońcu czy przy drodze, z jakich materiałów jest zbudowane…), zaznacz zaobserwowany kształt…

Któreś z dzieci ułożyło nawet wierszyk o mrówkach:

Zamiast wsadzać kij w mrowisko
Ty się mrówkom pokłoń nisko
zasłużyły mrówczą pracą,
by z królową żyć w pałacu…

W listopadzie i grudniu ostają się tylko krzewy zimozielone, a jeśli zima będzie zwlekać, to również późne róże. Na początku listopada jeszcze pięknie dopalą się liczne brzozy. Roślinność zrobi się jednostajnie zielono-brązowa, z czerwonymi akcentami owoców dzikiej róży, głogu, irgi czy jarzębiny… Nie będę o tym pamiętać… Tylko smak jabłek przez całą zimę będzie mi opowiadał o życiodajnej sile miłości. W Różance i nie tylko. Wszędzie tam, gdzie ściągnięte brwi i przenikliwe spojrzenie najłagodniejszych na świecie oczu…

Kolonie letnie i Ferma Drobiu Sierot w Gocławku były, podobnie jak Dom Sierot, opłacane i prowadzone przez Towarzystwo Pomocy Sierot. Była to typowa „Haszara” dla dzieci. „Haszary” w Polsce to były gospodarstwa szkoleniowe przygotowujące młodzież żydowską do emigracji do Erec Izrael. Podobnie, na koloniach w Gocławku, dzieci uczyły się uprawy warzyw, sadzenia drzew i prostych prac murarskich. Ostatnie lato spędziły w tym Domu Sierot w 1940. Po powrocie do Warszawy czekała na nie przeprowadzka za mury getta na ul. Chłodną 33.

– Co tak piszesz od kilku dni, Różyczko? Masz jakąś trudną pracę zadaną?

– Nie mamo, wręcz przeciwnie. Mieliśmy teraz trochę luźniejszy tydzień, udało mi się wreszcie spisać letnie wspomnienia z Czaplowizny, wiesz.

– Naprawdę? Wszystko zapamiętałaś do tej pory? Babcia się pyta, kiedy znowu ją odwiedzisz. Ostatnio wpadłaś do niej tylko na chwilę, bo miałaś cały koszyk na Krochmalną.

– Tak, mamo. A może babcia by tam pojechała ze mną? Ja to bym chciała w każdej wolnej chwili poznawać doktora. Teraz, zobacz, czytam jego „Mośki, Joski, Srule”. Potem będą „Józki, Jaśki i Franki”. Chcę czerpać z doktora garściami. Drugiego takiego człowieka już nie będzie…
Joanna Maria Janisz

RÓŻANKA
W 1898 r. Julian Różycki przekazał prowadzenie laboratorium i fabryki synom. Nadal udzielał się społecznie, więcej czasu poświęcał wnukom, odbywał regularne przejażdżki po Warszawie swoim konnym powozem lub przebywał w swojej posiadłości letniskowej. Był to rozległy (prawie 24-hektarowy) folwark leśny w Różance koło Falenicy. Poza ogrodem, liczącym ok. 800 drzew owocowych oraz budynkami mieszkalnymi, znajdowały się tam stajnie i szopy do suszenia ziół, a podczas I wojny światowej działała, prowadzona przez Władysława Różyckiego, syna Juliana, fabryka ceratki opatrunkowej, zwana „Ceratką”. (…) Wakacje spędzano w Różance. Tam najstarsza córka Teodozja, zwana Tosią, poznała swojego przyszłego męża, Józefa Kazikowskiego, brata Seweryny Kazikowskiej, opiekunki i nauczycielki matematyki, zatrudnionej przez Władysława dla synów Zygmunta, Zdzisława i Zbigniewa. To były jeszcze beztroskie czasy przedwojenne. Kiedy wybuchła I wojna światowa, jak już wspomnieliśmy, w Różance ruszyła produkcja ceratki opatrunkowej, przerwana wraz z zakończeniem wojny”. (http://www.ngp.westsidegroup.pl/str/tekst4174.html Joanna Kiwilszo) artykuł też w: Nowa gazeta praska, nr 4 (519) 5 marca 2014 roku, Historia praskich rodów – rodzina Różyckich http://www.ngp.westsidegroup.pl/pdf/2014/NGP4l_2014.pdf

RÓŻYCZKA
W roku 1921. Maksymilian Cohn podarował Towarzystwu Pomoc dla Sierot dziesięć mórg gruntów wraz z budynkami, położonych we wsi Czaplowizna. Budynki mieściły się przy ulicy Klasztornej (współcześnie: Korkowa), na wysokości powstającego właśnie klasztoru Sióstr Felicjanek. Na cześć Róży, zmarłej córki ofiarodawcy, obiekt nazwano Różyczką. Współpracujący z TPD Janusz Korczak postanowił organizować tu kolonie letnie dla osieroconych dzieci.

Wśród istniejących w Różyczce budynków, jeden, murowany, nadawał się do umieszczenia w nim setki dzieci. W roku 1925 zbudowano nowy, drewniany pawilon z dużą, szklaną werandą, położony prostopadle do opisywanego wcześniej budynku. Mieściły się tu dwie sale sypialne. W każdej z nich mogło nocować 30 dzieci, podczas gdy setka mogła znaleźć nocleg w samej werandzie.

Kolonie przeznaczone były dla dzieci z kierowanego przez Korczaka Domu Sierot przy ulicy Krochmalnej. Mogli też tu wypoczywać podopieczni z innych warszawskich sierocińców, niekoniecznie żydowskich. Turnusy odbywały się przez dwadzieścia kolejnych sezonów wakacyjnych, tj. w latach 1921-1940. Organizowano również zimowiska.

Jaka była skala tego przedsięwzięcia? Możemy to sprawdzić na wykazie turnusów wakacyjnych z 1926 roku. Możliwość wypoczynku letniego uzyskało wtedy 343 dzieci, z czego 221 pochodziło spoza Domu Sierot. Te instytucje musiały zwrócić koszty – według wyliczeń Towarzystwa Pomoc dla Sierot wynosiły one od 60 do 65 złotych za miesięczny pobyt jednego dziecka. Sprawozdanie stwierdziło u kolonistów przyrost wagi: u chłopców przeciętnie 1,4 kilograma, u dziewcząt nawet 1,8 kg!

Wybuch wojny nie przerwał pracy Domu Sierot. Korczak i jego współpracownicy stanęli jednak wobec wyzwań wprost niewyobrażalnych.

Podobnie jak w innych żydowskich instytucjach opiekuńczych, bardzo szybko zabrakło środków na odzież, leki i żywność. Wychowawcy i pracownicy administracyjni wykonywali swoje obowiązki nie otrzymując poborów. Wydawałoby się, że pomysł organizacji letnich kolonii jest w tej sytuacji czystym szaleństwem. Stary Doktor rozumował jednak inaczej. Jego zdaniem, wyjazd dzieci stanowiłby kontynuację wieloletniej tradycji i pozwoliłby utrwalić w młodych podopiecznych poczucie normalności. Pomocy udzielił m. in. Zarząd Gminy Wawer i niestrudzony wójt Stanisław Krupka.

Beztroski czas wakacji szybko uciekał. We wrześniu 1940 r. kolonie zakończyły się. W październiku Niemcy zlikwidowali Różyczkę. Jej żydowscy podopieczni i pracownicy trafili do warszawskiego getta. Podążył za nimi i sam Janusz Korczak. Stanisław Krupka wspomina, że Stary Doktor odrzucił wtedy przedłożoną mu propozycją ocalenia. Jego odpowiedź brzmiała ponoć: – Niestety, panie wójcie Krupka – trzeba dać pokrycie na to, co w ciągu mego życia wyznawałem i głosiłem, to jest wierność dziecku – człowiekowi.
W latach 1941-1942 funkcjonowało na terenie dawnej kolonii prowizoryczne getto. 26 marca 1942 roku jego mieszkańców przeniesiono do Warszawy. Budynki Różyczki nie ucierpiały podczas wojny. Przekazano je wytwórni wód gazowanych. Potem wybudowano na tym terenie osiedle.

Żródło: Jan Czerniawski, Wawer. Korzenie i współczesność, Biblioteka Wawerska, Warszawa 2008

W tekście wykorzystano zapożyczenia z książek:

  • Barbara Wizimirska, Falenica w wielu odsłonach. Przewodnik, Warszawa 2016
  • Anna Kamieńska, Sen o Januszu Korczaku, w: A. Kamieńska, Deszczowe lato, Warszawa 1985, s. 42-44.
  • Jan Czerniawski, Czaplowizna, „Różyczka” i Stary Doktor, w: Wawer i jego osiedla, praca zbiorowa pod red. Jana Czerniawskiego, Biblioteka Wawerska, Warszawa 2007, s. 247-260.