Echo „Kaczego Dołu” – Wojciechówek

Autor: , Osiedle: Międzylesie Data: .

Krzysztof Wojciechowski – polski reżyser, urodzony w 1939, znany z filmów dokumentalnych i fabularnych „Kawał życia” (cykl filmów realizowanych wspólnie z Januszem Horodniczym), „Rusznicy”, „Szarża, czyli przypomnienie kanonu”, „Historia «Młota», czyli dwie Polski” „Antyki”, „Wyszedł w jasny, pogodny dzień”, „Kochajmy się”, „Spowiedź zabójcy”, „Historia o proroku Eliaszu z Wierszalina”, „Róg Brzeskiej i Capri”, „Zemsta i pamięć”.

– Nazywam się Krzysztof Wojciechowski rocznik 1939. Chciałbym się z panem zobaczyć i porozmawiać o „Wojciechówku” – willi, której właścicielem był mój dziadek – usłyszałem w telefonie kilka tygodni po ukazaniu się książki „Kaczy Dół”.

Gdy go odwiedziłem, pierwszą rzeczą, którą mi pokazał był stary ścienny zegar.

– Dla mnie Kaczy Dół, Międzylesie to jest właśnie ten stary zegar – powiedział. Jego historia to coś niebywałego. Pewien warszawski złotnik podarował ten zegar mojemu dziadkowi za to, że dziadek mu u Radziwiłłów chałturę załatwił, bo dziadek robił wnętrza w Nieświeżu. To się nazywało wtedy, że był tapicerem – dekoratorem. Robił wnętrza w Łańcucie i w Nieborowie. Tam zostawiał swoje wizytówki: Franciszek Wojciechowski – tapicer warszawski. Ten zegar wisiał na ścianie w „Wojciechówku”, gdzie przeżyłem dzieciństwo.

Bogdan Birnbaum. Jakie były początki „Wojciechówka”?

Krzysztof Wojciechowski. Wiem z przekazu rodzinnego, że w roku 1908. Na tym zdjęciu jeszcze nie jest dokończony: jest weranda na pierwszym piętrze, natomiast drugiej werandy nie ma, czyli to jest w trakcie budowy. Ja mieszkałem z babcią po prawej stronie od tych drzwi. Tam w oknie jestem ja. Teren wzdłuż ulicy Wiślickiej (obecnie Bielszowicka) należał kiedyś cały do nas. Mam dokument, z którego wynika, że Franciszek Wojciechowski nabył prawdopodobnie dawny teren właścicieli Wilanowa, graniczący z lasami Branickich, za pośrednictwem dwóch żydowskich specjalistów od kupna – sprzedaży.

Akt sprzedaży z 13 marca 1908 roku informuje o sprzedaży działek [nr 42 – 53] o powierzchni trzech dziesięcin dwóch tysięcy czterech sążni kwadratowych wydzielonych z nieruchomości „Dobra Kaczy Dół”. Teren wzdłuż ulicy Wiślickiej od lasów Branickich do anińskich należał kiedyś cały do nas. Później kawałek po kawałku te działki, kupione przez dziadka za cara, były sprzedawane.

B.B. A topole przy „Wojciechówku” kto posadził?

K.W. Mnie się wydaje, że dziadek. Zamówił też w Lipsku albo w Dreźnie sadzonki jabłek, różnych drzew owocowych do ogrodu naszego. Podobno było tam dwieście drzewek kiedyś, ale w czasie wojny one były wycinane. Przeważnie w bunkrach tam sobie robili szalunek taki, bo okop szedł z lasu, za którym Radość była dalej, szedł wie pan przez te Pekiny, te budynki Tajcherta, w których straszny element mieszkał i przechodził przez nasz ogród tak po skosie.

B.B. Spory kawał ogrodu mieliście? Czyli tu, gdzie jest obecnie szpital, to była wasza ziemia czy Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi?

K.W. Nie, nasz, ale potem ktoś od nas kupił, potem siostry od tego kogoś kupiły. Tu był ich ogród, ale czasem konia przyprowadzali, był w naszym ogrodzie, się wypasał. Ja na tym koniu potem dookoła wracałem.

Odręczny rysunek z fragmentu planu podziału zach. połowy kolonii
nr 4 nieruchomości „Dobra Kaczy Dół” sporządzonego w 1908 r

B.B. Ma pan zdjęcia rodzinne z „Wojciechówka”?

K.W. Mam sporo. I to jest o tyle ciekawe, że w czasie rozbiorów rodziny były często też podzielone tak jak za komuny; jeden był w partyzantce poakowskiej, drugi był w będącej u władzy partii komunistycznej. I na tym zdjęciu widzimy: po prawej mój pradziadek Stanisław Elżanowski powstaniec styczniowy [drugi brat Seweryn Elżanowski (1821 -1874) także w  powstaniu styczniowym był komisarzem Rządu Narodowego w Zachodniej Galicji]. Na innym zdjęciu babcia, palcem pokazuje carskiego generała, bo najstarszy z  braci był carskim generałem, Kazimierz Elżanowski gieroj bitwy pod Szipką1. Ten carowi służył, więc babcia paluchem jego wytyka. A tu zdjęcie rodzinne mój ojciec na podwórku z narzeczoną, moją mamą i dziadkami. To przed wojną. Dom już jest skończony, od podwórka są już balkony na piętrze. W latach trzydziestych „Wojciechówek” był gotowy do wynajmu.

B.B. Kim był z zawodu pański ojciec?

K.W. Oficerem wywiadu. Tu mam najważniejsze dokumenty. Tata urodził się w Warszawie. Mieszkał na Bielańskiej. W czasie wojny z bolszewikami jako ochotnik 202 p.p. walczył pod Nasielskiem, gdzie został wzięty do niewoli. Po udanej ucieczce znalazł się pod Łomżą i służył w wywiadzie przy dowództwie XV Dywizji Wielkopolskiej. Tu są papiery kwalifikacyjne mojego ojca, bo co jakiś czas brali go w sołdaty, awansował do porucznika. W końcu znalazł się w II Oddziale Sztabu Generalnego Wojska Polskiego2.

O jego działalności więcej nie wiem. To było „tajne przez poufne”, nic mi nie wiadomo. Mam tu jakieś zdjęcie z jednostki wojskowej, a na kolejnym zdjęciu ojciec jest szefem grupy facetów przygotowujących się do kolejnej rocznicy śmierci Marszałka. A tu inny dokument o nadaniu ojcu Krzyża Walecznych we wrześniu za męstwo wykazane w czasie obrony Warszawy nadany przez prezydenta Starzyńskiego, a podpisany przez Komendanta Obrony Powietrznej Cypriana Odorkiewicza. To późniejszy dowódca AK w czasie powstania warszawskiego na Powiślu, pseudonim „Krybar” (córki: Krysia i Basia żyją w Waszyngtonie).

Tadeusz Wojciechowski (1902 – 1942)
ojciec Krzysztofa
Franciszek Wojciechowski (1870 – 1940 )
ojciec Tadeusza – budowniczy „Wojciechówka”
Fragment życiorysu Tadeusza Wojciechowskiego.

B.B. Od kiedy pan zamieszkał w Międzylesiu?

K.W. Do „Wojciechówka” przenieśliśmy się wraz z rozpoczęciem wojny. Tu pewnego dnia przyszedł do ojca Józio, syn naszego ogrodnika Onufrego z prośbą: „Panie poruczniku, niech mi da pan swoją broń, bo ja chcę iść do partyzantki, ale nie przyjmują, jak się nie ma broni własnej.” Wtedy ojciec powiedział: „Ale ja mam tylko szable.” „To niech pan da szable!”– zażądał Józio.

Było w tym coś mistycznego i nawiązanie do tej naszej tradycji, że ciągle musimy iść do partyzantki, ciągle jakieś powstania wywoływać, bo nasi sąsiedzi ciągle wpieprzają się nam na głowę i próbują nam życie układać.

B.B. Rozumiem, że w czasie wojny ojciec działał w konspiracji?

K.W. Oczywiście! Jako oficer „Dwójki” działał i był bezskutecznie poszukiwany przez Niemców. Miał wiedzę na temat konfidentów, a wszystkie ważne dokumenty zakopywał w butelkach pod płotem graniczącym z ogrodem Sióstr Franciszkanek. Jak również swojego harleya. W końcu oficerowie przedwojenni mieli przeważnie motocykle. Armia nie była specjalnie zmotoryzowana, ale ojciec, oficer II Oddziału, motor mógł sobie kupić. Nie wiem, czy motocykl nie jest tam w ziemi. Ojciec zakopywał go nocą. Trzeba zapytać o to obecnych właścicieli tej części posesji. A dokumenty w butelkach pewnie zostały wyrzucone przez Siostry, gdy stawiały po wojnie podmurówkę, bo płot zniszczyli Niemcy. Przygotowywali się do obrony. Okopy przechodziły przez Wojciechówek równolegle do Głównej. Jak dziś pamiętam: siedzę na oknie, patrzę, a tam za płotem coś miga, walenie kolbami i wyłamują sztachety, przebiegają przez nasze podwórko, młodzi Niemcy, widać, że to byli gówniarze z jakiegoś volkssturmu albo tacy co dopiero do woja wzięci. Przebiegli przez podwórko: jedni mieli czerwoną przepaskę, drudzy niebieską na hełmach.

B.B. – Jak potoczyły się dalsze losy ojca?

K.W. Ojciec zmarł tu, w „Wojciechówku”. Najpierw leżał na piętrze, a potem zniesiono go na dół do małego pokoiku. Nie płakałem, bo mi się wydawało wtedy jako dziecku, że jeśli ma otwarte oczy, to wszystko jest porządku. A kiedy pani Zawadowa, sąsiadka z przeciwnej strony ulicy Głównej, zamknęła mu oczy i jak go wsadzili do trumny, zabili gwoździami to płakałem i krzyczałem:

– Nie zakopujcie mojego tatusia! I to już pamiętam. Taki pierniczek z serduszkiem położyłem na trumnę. Ja tę kobitę znienawidziłem. Ojciec umarł w 42 roku. Pochowany został na Starych Powązkach. Proszę sobie wyobrazić, że dopiero dwa lata po śmierci namierzyli go Niemcy. Dwukrotnie odwiedzili nocą „Wojciechówek”. Okrążyli dom, weszli, a z nimi był ich agent, który chodził i spisywał stan liczników i po wojnie pracował jeszcze jako inkasent elektrowni w Falenicy. Mama chciała złożyć donos na niego, ale ktoś jej wyperswadował, mówiąc że to przewerbowany facet i nic mu nie zrobią.

Tadeusz Wojciechowski – „Wojciechówek” lata 30.

B.B. Przejdźmy do pańskiego wczesnego dzieciństwa na ówczesną Wiślicką. Kogo z lokatorów pan pamięta?

K.W. Pamiętam Trietiakowa, który szprycku w dupkę dziecku dawał, kiedy było chore. On się nazywał Trietiak, ale myśmy mówili Tretiakow3.

B. B. On mieszkał w Wojciechówku?

K.W. Nie, ale mieszkał blisko biblioteki, bliżej dworca kolejowego, właśnie ja dokładnie nie pamiętam tego miejsca, ale wiem, że to trzeba było iść za straż ogniową, jeszcze tam kawałek dalej po lewej stronie, państwo Wyszyńscy mieli tam księgarnię czy bibliotekę, coś…

B.B. Czytelnię, choć nie tylko. Były i pióra i zeszyty4.

K.W. Tak, to się zgadza. A pierwsze filmy, jakie oglądałem, oczywiście radzieckie, to w remizie ochotniczej straży pożarnej. No więc tam było przede wszystkim „Pancernik Potiomkin”, potem „Burza nad Azją”, jeszcze tam coś… Mam takie osobiste wspomnienie, bo tam kiedyś w Warszawie na gruzach ulicy Kieleckiej, mama dostała kawalerkę, właściwie przerobiony strych, proszę sobie wyobrazić, że na ruinach znalazłem piękny strażacki hełm taki srebrny, tam przysypany czymś był, ale coś błysnęło. Ja im zawiozłem do Międzylesia. Oni mi za ten hełm strażacki dali hełm dla Hitlerjugend, taki malutki, akurat na głowę mi spasował. Tak się cieszyłem, ale gdzieś go straciłem, jak się przeprowadziłem z kolei na ulicę Próżną w Warszawie, gdzieś mi się zawieruszył.

B.B. Kogo jeszcze z lokatorów pan zapamiętał? 

K.W. Kogo pamiętam? Zaraz panu powiem. Szwecow. To był potomek białogwardzistów. Szwecow mieszkał po drugiej stronie, czyli od frontu. Szwecow, który miał córkę Marysię, która teraz mieszka w Niemczech Maria Kazimiera Szwecow. Pamiętam, że nie chciała jeść kaszki z mlekiem. Ja też jej nie lubiłem.

B.B. Jeżeli miał pan dziesięć lat przy wyprowadzce, to okupację przesiedział w Międzylesiu i co pan robił jako dzieciak? Do szkoły pan nie poszedł, bo chyba za wcześnie. 

K.W. Nie, do pierwszej klasy chodziłem. I pamiętam nauczyciela Dylewicza⁵. Targał nas za uszy, a jednego chłopaka podniósł do góry za włosy. Dylewicz mieszkał w Radości i dochodził do nas. Dyluś mówiliśmy na niego, za uszy targał, ale lubiliśmy go jakoś.

Krzysztof Wojciechowski – Łódź, lata 70.

B.B. A co się działo poza szkołą?

K.W. Najmocniejszymi takimi scenami, które utkwiły mi w pamięci, to był kontakt z Pekinami⁶, czyli z szeregiem z szarej cegły zbudowanych domów – przyzwoite z szarej cegły siedem czy osiem budynków. Z dzieciństwa pamiętam, to był dla mnie największy szok, jak się palił pierwszy Pekin. Pierwszy, najbardziej okazały budynek, który stał przy głównej ulicy w Międzylesiu, duży, bo te robotnicze (raczej letniskowe – przyp. B.B.) były dalej mniejsze, także piętrowe. Ten chyba miał dwa piętra i na parterze Majewski miał sklep ze słodyczami i z Majewskim Brunonem najbardziej się kolegowałem od małego. Brunon Majewski, jak po wojnie przyszła czekolada, amerykańska, ta twarda, złamał sobie dwa zęby z przodu, ja zresztą też i do dziś pamiętam Brunona tekst: „Gryze, gryze cekulade, a tu patse, ząb mi wyleciał”. 
B.B. Myśli pan o Pekinie przy Głównej?⁷

K.W. Tak, tym pierwszym. Tam mieszkał Dębniak. Mówiono, że współpracował z okupantem. Ale czy to prawda? A dom spalił po pijaku facet, który zwariował. Wieźli go potem na furmance i pamiętam, że miał związane ręce i zawiniętą głowę w turban i krzyczał: Oj, głowa boli, boli głowa, boli głowa! A szli ubecy po cywilnemu i zaczęli strzelać w powietrze, żeby go wystraszyć.

Franciszek Wojciechowski z członkami rodziny ( po jego lewej stronie stoi brat Franciszka).

B.B. A codzienność?

K.W. Pierwsze kontakty to bójki na kamienie między mieszkańcami Wojciechówka a Pekiniarzami. Bo część do „Wojciechówka” się przenosiła albo z Wojciechówka ktoś umierał czy wyjeżdżał do Warszawy, czy był zabrany gdzieś do obozu. Różnie. Był na przykład Krzysio Adamczyk, z którym żeśmy się bawili, ale jego ojciec był folksdojczem.⁸ Pamiętam go w brunatnym mundurze, parę razy, jak tam przyszedł. To myśmy Krzysia przezywali Hitler po prostu. Dokuczaliśmy mu. Nie wiem, co się z nim potem stało, ale w każdym razie dzieciak nie mógł za ojca odpowiadać, a ojciec chyba miał jakąś tam potem sprawę⁹.

B.B. Kogo z Pekinów jeszcze pan znał?

K.W. Meltę, taką miał ksywę. Pamiętam tylko, że on ciągle powtarzał, że chciałby, żeby w domu dużo chleba było. Teraz dopiero przypominam sobie historię z jego udziałem! Najmocniejsza scena z dzieciństwa, jaką zapamiętałem. Słyszę, że w dwu ostatnich Pekinach jest jakaś awantura. Biegnę, inne dzieci też lecą. A tam Pekiniarze brzytwami się napieprzali. I kiedy tam przyszedłem, to siedzi jeden na schodkach, zabandażowaną miał jedną rękę, a drugą wyrywał sobie włosy z głowy i mówi: „Kolega, sąsiad, jak mogli!”. I coś tam narzekał, że się pobili ze sobą dawni koledzy. Nie powiedział, o co chodziło. I nagle zobaczyłem, jak jeden drugiemu w nos dał, choć też miał obandażowaną rękę. To wydawało się śmieszne, ale tam się jucha polała. A do tego zdarzenia, kolejne się nakłada. Nagle pojawia się tam facet z niedźwiedzicą prowadzoną na łańcuchu spiętym z kółkiem w niedźwiedzim nosie. Cyrk był w Wawrze czy okolicy, a facet wyrwał się na chałturę z niedźwiedzicą. Uderzał miarowo w ten łańcuch, a niedźwiedzica tańczyła i nagle z tej jatki międzyleskiej rodzi się spektakl. Opiekun niedźwiedzicy dał jakiemuś chłopakowi butelkę z wódką i powiedział: „Wejdź na sosnę i połóż tam na konarach w pewnym miejscu tą butelkę.” Chłopak wlazł, zszedł, a treser coś tej niedźwiedzicy powiedział. Ta wdrapała się na sosnę, wzięła tą flaszkę, wyrwała zębami korek, wychlała tego litra i zsunęła się spokojnie na ziemię. A kiedy on stukał tym łańcuchem, to wykonywała jakiś taniec. Ja myślałem, że ja śnię, ale to się w Międzylesiu naprawdę zdarzyło. Gdyby Melta żył, to by to potwierdził. Byłem z nim, kiedy przyszli wyzwoliciele z Armii Czerwonej.

B.B. Może pamięta pan wygnanie międzylesian?

K.W. Widzi pan na zdjęciu Fikusia naszego foksterierka? Zaginął, kiedy po wygnaniu wracaliśmy do Międzylesia. Zatrzymaliśmy się w Wawrze, blisko grobu pomordowanych mieszkańców Wawra. A pod sosną tuż przy grobach stoi oficer rosyjski. pamiętam, że płaszcz miał luźno na ramionach, kołnierz ze złoceniami, a po tych złoceniach wesz zapieprza. A moja babcia znająca rosyjski podeszła do niego.  – Izwinitie. Złapała tę wesz i zdjęła a on: „Niczewo, spasiba wam, jedna mniej, jedna więcej”. W każdym razie taki szczególik dziecko notuje. Nie wiem, może przez tę akurat jedną wesz i katiusze, które wtedy zaczęły grać, to nasz Fikuś zwariował ze strachu, uciekł, przepadł. Nie było już więcej Fikusia. Zostało zdjęcie. Tak wróciliśmy do Wojciechówka.

Tam spotkaliśmy oficera polskiego wojska. I zapytał mnie: Kto ty jesteś? Ja mówię: Krzysio. A oficer: Polak mały! I pyta: Jaki znak twój? I odpowiada: Orzeł biały! Tak, oficer Ludowego Wojska Polskiego10 nauczył nas patriotycznego wierszyka. Mało. Wystrzelił raz z pistoletu. Łuska wyleciała na bok. Ja szybko za tą łuskę i się sparzyłem.

A drugie z kolei spotkanie miałem z żołnierzem radzieckim, czy sowieckim – jak się wtedy mówiło – w okopach, w ogrodzie. Bawiłem się. Przyszedł z takim karabinem, coś tam zgadał do mnie, a ja mówię, czy może dać mi potrzymać ten karabin. I on mi dał, a on miał tę gwintówkę ogromną, repetowany taki pięciostrzałowy, mosin chyba.11 To ledwo utrzymałem, ale się ucieszyłem, że mi karabin dał przytrzymać.

B. B. Obeszło się bez kłopotów.

K.W. A to jeszcze jest i taka historia z sowieckimi żołnierzami: Przyjechali kiedyś z zupą kuchnią na polanę między Pekinami, a „Wojciechówkiem”. Ustawiła sie kolejka tych z Pekinów i Wojciechówka. Stałem z dzbankiem, takim oryginalnym zdobionym greckimi meandrami. Kucharz zobaczył dzbanek, spojrzał na mnie i mówi: Burżuj, uchadi! I zupy nie dostałem. To zapamiętałem.

A był jeszcze jeden chłopak. W środkowym Pekinie mieszkał kolega… muszę sobie przypomnieć nazwisko….. Janusz? Chyba Piotrowski. Z Januszem to ja się właściwie zaprzyjaźniłem. On kiedyś Wojciechówek przed pożarem uratował. Bo pamiętam, że bawiłem się głupio. Pierwsza działka między ulicą Główną, a Wojciechówkiem była zarośnięta trawą i ktoś ją skosił i ona schła. Chodziłem tam i tak się bawiłem jak dziecko: zapałkę zapalałem, jak zapalała się trochę trawa, to ja przydeptywałem i cieszyłem się, że jednocześnie jestem podpalaczem i strażakiem. Ale w pewnym momencie się tak zaczęło palić, że nie mogłem ugasić i Pietroszczak akurat przechodził. Zrzucił z siebie jakąś jesionkę i pamiętam, jak przygasił ogień. To jedno z największych przeżyć, jakie pamiętam. Żyje on jeszcze?

B.B. Piotrowski już nie żyje, ale jego żona mieszka do dzisiaj w trzecim Pekinie. Pan przeżył w Wojciechówku jako dziecko do 48.-49. – co z Międzylesia jeszcze pan zapamiętał?

K.W. Na przykład tę starą, grubą sosnę, na której był przybity taki w kształcie jak ten zegar do takiego kartusza herbowego z połówki hełmu daszek i coś tam było napisane na temat partyzantów, którzy w Międzylesiu walczyli.

B.B. Czy tam jeszcze jakiś teraz ślad został? 

K.W. Nie, w latach 70. nasze Lasy Państwowe wycięły tę sosnę.

B.B. Czyli rozmyślnie? Poszło to na spalenie? 

K.W. Oczywiście. Ta pamiątka partyzancka znalazła się na śmietniku, dzięki ówczesnej dyrektorce szkoły 138. 

B.B. Zgodnie z polską tradycją – na śmietniku historii.

K.W. Tak, taki był finał.

Na zdjęciu: pierwszy z prawej Stanisław Elżanowski, powstaniec w cywilu; obok niego siostra Józefa Elżanowska z d. Bukowska żona powstańca Stanisława; w środku – Józefa Elżanowska z męża, mama Kazimierza; obok jej siostra, brak imienia; po lewej, siedzący okrakiem – Kazimierz Elżanowski, carski gen. uczestnik walk pod Szipką. Z archwium Krzysztofa Wojciechowskiego.

B.B. Co jeszcze pozostało w pańskiej pamięci?

K.W. Wyjechaliśmy w 1949. Tu jeszcze trochę do szkoły chodziłem. Pierwsze doznania seksualne miałem w wieku 14 lat, właśnie z dziewczyną z naszego domu. Jej brat rodzony nam pokazywał, jak to się robi i wtedy wpadł gajowy i nas rozgonił. Na pewno mieszkał w „Wojciechówku” Witold Kryczko z matką. Jego ojciec bardzo sympatyczny przedwojenny ułan, który przychodził do mojej babci.

Na obiady chodziłem do sióstr12. Tam była salka blisko ołtarza i tam siostry obiady wydawały.  Jem obiad i nagle słyszę: „Jedz, jedz, żebyś urósł”. I tak się zakochałem w Hani Majewskiej. Jeździłem do Międzylesia tak często jak mogłem i wtedy się spotykaliśmy. To była u sióstr, piękna Żydówka o ciemnych wyrazistych oczach. Nawet do dzisiaj mam jej przepiękny wpis do pamiętnika:

„Każdy ptak ma swoje gniazdo/ Każdy zwierz ma swoją norę/ Każdy człowiek ma ojczyznę/ Tylko Polak ma niewolę.” Przyjeżdżał do niej wujek i pewnego dnia zabrał ją z zakładu. Tak skończyła się nasza znajomość. Zobaczyłem ją po latach, jadąc tramwajem, szła Marszałkowską. Kiedy wysiadłem na przystanku pl. Konstytucji, prędko pognałem w okolice Żurawiej. Niestety, nie dane było się nam zobaczyć. Pozostał mi tylko wpis w pamiętniku.   

B.B. I wspomnienia waszych spotkań w Zosinku u sióstr. Dom Zakonny jest, a „Wojciechówka” nie ma. 

K.W. Pozostał tylko ten zegar. Po wojnie moja mama jeździła i odwiedzała dawnych naszych lokatorów. I tak dotarła do Bydgoszczy, gdzie zamieszkali państwo, którzy niegdyś wynajmowali u naszej willi mieszkanie, akurat u nich wisiał nasz zegar. Mama zdziwiona, ale jednocześnie taka uradowana, bo oni mówią: No oczywiście, my pani zwracamy, ale wie pani, że jak wyście wyszli, potem przyszli tam Ruscy i Ruscy od razu zabrali ten zegar i myśmy za dwa litry bimbru zegar od nich wymodzili. No więc on taką podróż odbył ten zegar.

B.B. Nieprawdopodobna historia!

Tadeusz Wojciechowski z żoną Józefiną (1913 – 2008) – „Wojciechówek” koniec lat 30

K.W. Wojciechówek to dla mnie ważna cześć historii mojej rodziny! Przeżyliśmy tam całą okupację. I po wojnie myśmy tam właściwie mieszkali. Miałem pół roku. jak się zaczęła wojna, więc do Warszawy bali się jeździć ze mną. Tam żeśmy przesiedzieli, tyle że do Powstania uciekła ciotka Janka, najpierw uciekła do ukochanego swego, do Getta. Wszyscy myśleli, że zwariowała, a ona się po prostu zakochała i chciała iść do powstania w Getcie. To babcia ją stamtąd kazała wyciągnąć. Wyrzucili ją z Getta, to poszła do Powstania Warszawskiego i poległa. To była ciotka Janka – rodzona siostra mojego ojca i cioci Jadwigi i cioci Heleny, która właśnie była ostatnią rządzącą i pozwoliła na rozebranie Wojciechówka! Ładny drewniany dom, w środku trochę murowanych ścian miał.

B.B. Tak, wiem o tym.

K.W. Powiem panu, że ja osobiście rozbierałem Wojciechówek!

B.B. To niesamowite, Boże!

K.W. Tak, a za zarobek swój pierwszy garnitur kupiłem. Ślubny.

Rozmawiał: Bogdan Birnbaum

Przypisy:

  1. Bitwa pod Szipką. Na przełęczy Szipka w Bułgarii czterokrotnie (w lipcu, w sierpniu, we wrześniu 1877, a także w styczniu 1878) starły się armia rosyjsko-bułgarska i wojska osmańskie. https://pl. wikipedia.org/wiki/2.
  2. Tzw.”Dwójka”. Oddział II sztabu generalnego WP zajmował się wywiadem i kontrwywiadem.
  3. Bazyli Trietiak, felczer.
  4. Zachowała się książka z pieczątką „Czytelnia Nowości i Materiały Piśmienne E. Wyszyńska Międzylesie Niepodległości 10. Tel . 81-51”.
  5. Kazimierz Dylewicz – nauczyciel Szkoły Powszechnej w Międzylesiu oraz Szkoły Podstawowej Nr 138.
  6. Pekiny – nazwa zwyczajowa zespołu kilku letniskowych budynków przy ulicy zaolziańskiej ( obecnie Turkusowa) zasiedlonych podczas wojny przez okoliczną biedotę.
  7. Obecnie róg Al. Dzieci Polskich i Turkusowej.
  8. Tadeusz Adamczyk folksdojcz, uratował z getta małą dziewczynkę córkę Abrama Feldbauma, która wychowywała się razem z Krzysiem.
  9. Tadeusz Adamczyk po wojnie przebywał w obozie pracy. Po zwolnieniu zmarł.
  10. Określenie Ludowe Wojsko Polskie zaczęto powszechnie używać dopiero w 1949 r. Rozmowa miała miejsce w roku 1944, więc mowa tu o oficerze 1 Armii Wojska Polskiego gen. Zygmunta Berlinga.
  11. Rosyjski karabin powtarzalny skonstruowany przez Siergieja Mosina w 1890. Od 1891 podstawowy karabin Armii Imperium Rosyjskiego, a następnie A. Czerwonej.
  12. Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi.