Dzikie osiedle poetów w deszczu

Autor: , Osiedle: Anin Data: .

Poetą (twórcą) jest ktoś o szczególnej wrażliwości, umiejący przekazać innym swoje, niezwykłe spojrzenie na świat. Nie każdy twórca pisze wiersze; historia zna przykłady takich, po których pozostała tylko pamięć ich myśli – jak Sokrates czy warszawski myśliciel – pieczeniarz Franciszek Fiszer. Zna takie postacie także historia Anina.

Wszyscy czytaliśmy sztandarowe, anińskie wiersze Juliana Tuwima (Aninianim aninianinowi) i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego (Noce anińskie, Noctes Aninenses). W ustnej tradycji pokoleń mieszkańców naszej okolicy zachował się jeszcze inny, tragiczny liryk, napisany podobno przez pierwszego z dwóch wyżej wspomnianych, który tu przytoczę:

Raz Wisłą przez Anin
Szedł pewien Indianin;
Nagle złapał go rak
i utonął w rzecze poganin.

Wiersz ten, choć powstał dawno, profetycznie odnosi się również do obecnych czasów i zagrożeń towarzyszących migracjom z Ameryki Południowej.
Lecz miało być o tych mniej popularnych…

Zapomnianym dziś twórcą był wybitny gawędziarz pan L. co dzień rano furmanką rozwożący świeże mleko piaszczystymi uliczkami Anina w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku.

Klientom serwował nie tylko ten napój o nieznanym dziś smaku, ale również fascynujące wspomnienia ze swojej wojennej przeszłości. Barwna opowieść, bogata w szczegóły poddające się natychmiastowej weryfikacji w profesjonalnych źródłach dotyczyła udziału L. w kampanii rosyjskiej Napoleona. Pamiętał nazwy miast, charakterystyki uzbrojenia, nazwiska dowódców – i wszystkie te szczegóły po sprawdzeniu okazywały się prawdą. Było to niezwykłe, biorąc pod uwagę, że w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku L. musiał mieć co najmniej około 160 lat, nawet jeśli był u Napoleona zaledwie małoletnim doboszem. Ile miał naprawdę? Metryki nie widziałem, lecz sądzę, że niezależnie od rozstrzygnięcia kwestii wieku musiał mieć bogatą bibliotekę…

Historia zna zresztą przypadki weteranów, których śmierć omijała tak często, że w końcu o nich zapominała; przykładem mogą być żyjący jeszcze w II Rzeczpospolitej weterani deklarujący udział w dwóch kolejnych powstaniach: listopadowym i styczniowym, tj. liczący sporo ponad sto lat. I tak nie przebijali wiekiem liczących po sto sześćdziesiąt lat właścicieli warszawskich kamienic, występujących o ich reprywatyzację za pośrednictwem rzutkich pełnomocników…

Kino „Wrzos”, widok z pętli linii F i 115, 1967. Fot. P. Świątecki

Po anińskich i wawerskich, piaszczystych uliczkach wędrował również pan B., ceniony i innowacyjny hydraulik. Pamiętacie Państwo dumę molierowskiego Pana Jourdain, gdy dowiedział się, że mówi prozą? Otóż Pan B. nigdy prozą nie mówił. Zawsze wierszem, i nie był to wiersz biały, lecz konkretne rymy. Dziś, w globalnej wiosce, prawdopodobnie zawsze towarzyszyłby mu ktoś ze smartfonem w czasie rzeczywistym umieszczający strumień tej poezji w sieci, lecz wówczas – cóż, niestety nie było smartfonów i poezja ta odeszła razem z Panem B. Rozmawia sobie pewnie teraz z Homerem i Mickiewiczem na chmurce….

Artystą humanistycznej sztuki medycznej był aniński felczer, określany często mianem Pana Medycyny.
Dla znacznej części mieszkańców osiedla był on bowiem uosobieniem medycyny – zawsze skutecznej, zawsze pomocnej i życzliwej. Lecząc, Medycyna odgrywał też swoisty spektakl, pomykając chyżo na wezwania pacjentów w nieodłącznej, rudej peruce (nieodzownym atrybucie każdego medyka, wiemy o tym przecież) i na rowerze marki „Bałtyk”… bez siodełka. To ostatnie zastępował beret. Pana Medycynę stać było i na siodełko, i na nowy rower, lecz – jego zdaniem – tylko taki środek lokomocji, jakiego używał, chronił go przed utratą w trybie kradzieży. Faktem jest, żeby usiedzieć na rowerze na berecie, trzeba dobrze znać anatomię…

Gdy piszę ten felieton, korzystając z przysługującego autorom tej formy prawa do poruszania wielu tematów naraz, trwa klęska letniego deszczu; media donoszą nawet, że funkcjonujący od tygodni rządowy zespół suszowy przekształcił się w sztab powodziowy. Deszcze padały i w przeszłości, lecz wspomniany wyżej kilkakrotnie piasek anińskich uliczek gwarantował szybkie wsiąkanie wody. Dziś mamy wszędzie asfalty i betonowe kostki, a jako że żadna kanalizacja miejska nie jest w stanie wchłonąć ulewnych deszczy, kałuże zostają z nami na dłużej.

W ramach powrotu do natury trwa w mieście stołecznym proces zwiększania tzw. powierzchni biologicznie czynnej i zwężania ulic. Anińskich uliczek raczej się już w większości zwęzić nie da, ale zdjęcie nawierzchni sztucznych aż do piaseczku byłoby jak najbardziej możliwe… Cieszmy się więc, że na wschód (do Wawra) cywilizacja dociera najpóźniej..