Wawerskie tropy literackie
Jest wiele książek opisujących Warszawę: „Lalka” Bolesława Prusa, „Ludzie bezdomni” Stefana Żeromskiego”, „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego, „Szekspir, róże i Święty Graal, czyli gdzie jest skarb esesmana?” Roberta Rynkowskiego, „Ucho od śledzia” Hanny Ożogowskiej, „Tropiciele” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej czy „Syreni śpiew” Jarosława Mikołajewskiego.
Ja zapraszam na literacki spacer po Wawrze, który jest moją małą ojczyzną. Moja rodzina jest związana z Aninem od sześciu pokoleń, dlatego chciałabym zacząć od miejsca, w którym wszystko miało swój początek… Wspomina o nim mieszkająca w Aninie znana pisarka Małgorzata Gutowska-Adamczyk w swojej powieści „Kalendarze”:
„Wychodzę z psami na dłuższy niż zazwyczaj spacer, gdzieś aż do lasu. Górka Delmaka, mimo pogody, i tak pewnie będzie pusta. Odpinam smycze i daję zwierzętom pobiegać. Zadzieram głowę. Patrzę na sosny i dęby z pocztówkowym niebem w tle. Żadnej chmury. Od czasu do czasu tylko biała wstążka znacząca drogę przelatującego gdzieś wysoko samolotu”1.
Przywołana przez autorkę górka jest dla mojej rodziny miejscem szczególnym. Jej nazwa (Górka Delmaka/Delmacha) pochodzi od nazwiska mojego praprapradziadka Ignacego Delmaczyńskiego. Był on gajowym w tutejszych lasach należących do hrabiego Ksawerego Branickiego i wraz z żoną Marianną oraz pięciorgiem dzieci (Antoniną- moją praprababcią, Aleksandrą, Leokadią, Michałem i Janem) mieszkał w gajówce stojącej w pobliżu skrzyżowania obecnej ulicy Wierzchowskiego i Traktu Brzeskiego. Do gajowego zgłaszano się po drewno na budowę pierwszych willi anińskich budowanych przez rodziny kolejarzy, które w wyniku parcelacji dóbr Branickich jako pierwsze zaczęły osiedlać się na tych terenach.

Domy powstawały w pobliżu rozwijającej się linii kolei żelaznej biegnącej w kierunku Otwocka – nazwanej linią otwocką. Moja mama i dziadek mówią, że kiedy dawniej chodzili na górkę na sanki, była wyższa. W ostatnich czasach śniegu nie ma zbyt wiele, ale ja też chodzę tam z moim bratem Aleksandrem.
W 1927 roku Ignacy Delmaczyński wybudował w Aninie – przy ulicy Parkowej, która teraz nosi nazwę Rzeźbiarska, dom dla swoich córek. „Witoldówka” była kiedyś z trzech stron otoczona werandami i wyglądała jak budynek, który opisała Marta Tomaszewska w swojej powieści „Tajemnica białego pokoju”:
„Najpierw tuż pod lasem, na pewno niegdyś, 100 lat temu, wyrósł z żółtych piasków niewielki, brązowy dworek. Miał spadzisty dach, oszklony ganek z głębokim, trójkątnym okapem i po obu stronach ganku dwa okna. Jedno duże, składające się z małych, kwadratowych szybek. Drugie mniejsze, ale za to z niebieskimi okiennicami. No i potem w tym cudownym leśnym powietrzu dworek zaczął pączkować! Trudno dziś ustalić kolejność tego rozrastania się. Ja osobiście myślę, że najpierw rozmnożył się ganek tworząc nad sobą drugi bliźniaczo podobny, tyle że cały oszklony, czyli bez drzwi z przodu. Paweł jest zdania, że najpierw wyrastały te przedziwne przybudówki, ni to werandy, ni to domki dla ptaków”2.
Willa z werandami, stojąca w środku sosnowego lasu w Falenicy, tak jak „Witoldówka” zbudowana została w charakterystycznym dla całej linii otwockiej stylu świdermajer. Jego twórcą był Michał Elwiro Andriolli. Mogłoby się wydawać, że dom odziedziczony w spadku przez główną bohaterkę będzie znajdował się w Aninie, ponieważ to tu prowadzą nas ślady poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Najmłodszy syn doktor Skopowskiej, zwanej Musią Warkoczyk, nosi jego imię, „bo Musia przepadała za Gałczyńskim” (s. 149). Nie mogła jednak wyjść za niego za mąż, ponieważ miał już żonę Natalię, jak tłumaczy rezolutny chłopiec. O Gałczyńskim dowiadujemy się jeszcze, że „nie robi nic, bo już nie żyje. A przedtem woził żonę zaczarowaną dorożką i robił pranie w leśniczówce, bo to był wielki poeta” (s. 151). Nic dziwnego zatem, że ulubione perfumy Musi Warkoczyk noszą nazwę „Zaczarowana dorożka”, jak tytuł poematu Gałczyńskiego. Willa stoi jednak w Falenicy – „To się jeszcze liczy Warszawa, ale jak na wsi” (s. 68).

Z Falenicy powróćmy do Anina, gdzie poeta mieszkał w latach 1936-1939. Wraz z żoną Natalią i kilkumiesięczną córeczką Kirą, „z niezliczoną ilością walizek (…) i z kotem Andriuszą w koszyku”3, przybył tu pewnej sierpniowej nocy. Początkowo zamieszkali przy ul. Legionów 10 (dziś ul. Homera), jednak ich prawdziwym domem stał się ten przy ul. Leśnej 18 (dziś ul Trawiasta), do którego przeprowadzili się po blisko roku. Tak wspominała go żona poety:
„mały domek ze spiżarniami i piwnicami, z ogródkiem, z kolumnowym gankiem. Na ganku stał długi sosnowy stół i ławy przykryte kolorowymi derkami, a na pięknym żelaznym kroksztynie wisiała stara lampa. W stołowym był kominek, na klombie rosły pelargonie. Z tyłu ciemniały sosny⁴ „(s. 122).
Poszukiwania Barbary Wołodźko-Maziarskiej, autorki książki „O starym Aninie – inaczej. Przewodnik towarzysko-historyczny i nie tylko”, prowadzą nas do domu przy ul. Trawiastej 26/28:
„Osobie czytającej w całości wiersze poety dotyczące domu na ul. Leśnej 18 łatwo ulec może przekonaniu, że była to jakaś wspaniała, bogata i niezwykła siedziba. Jednak prawda jest nieco inna, wszystko było zwyczajne i skromne, ubrane tylko w niezwykle poetycką wizję szczęśliwego człowieka tam mieszkającego”⁵.
A tak opisywał swój dom poeta:
„Rad jestem, że nareszcie zimą się poznamy, moja szkocka kuzynko – pozwól, że tymczasem nasz dom niewielki, zewsząd okolony lasem, opiszę tobie wiernie, począwszy od bramy. (…) Obok bramy jest furtka i tutaj oko cieszą dwa dzwonki: jeden czarny, a drugi zielony, ten czarny jest dla gości, którzy idą pieszo, a dla tych, co w pojazdach, oddzwania zielony.(…)
Wejdźmy do domu: Zwykły świecznik holenderski paraduje nad stołem, przy którym się jada;
świecznik ten służył jeszcze u mego pradziada i jego troski złocił swym światłem anielskim, z dziada na ojca przeszedł. Czasem sobie marzę, że moja córka świecznik ten wnukom przekaże (…)”.
„Opis domu poety”, 1937
„Ona mi powiedziała: „Zgaś lampę na werandzie, już północ, no! nie bądź głupi!”
A chwiałem się na nogach jak flaszka na okręcie, bo mnie zapach jaśminu upił; i nagle zobaczyłem, jakbym, się ze snu ocknął, przez szybę w dzikim winie: werandę, dzikie wino i ową lampkę nocną,
wiszącą na kroksztynie (…)
Kiedy noc się w powietrzu zaczyna, wtedy noc jest jak młoda dziewczyna, wszystko cieszy ją i wszystko śmieszy, wszystko chciałaby w ręce brać.”
„Noctes aninenses”, 1939
To tutaj Gałczyński stworzył piękne wiersze, w których uwiecznił czerwcowe noce anińskie przesycone zapachem jaśminu, rozgwieżdżone niebo, wrześniowy wiatr, szosę lubelską.
Ej, pod Wawrem, ej, na szosie lubelskiej rozhulał się, rozbisurmanił się wiatr wrześniowy!
Zaczarowane ćmy przypadły do latarni naftowej, świszczą sosny, tańczą sosny farandole diabelskie.
W niebie rozpacz. Ale jaka! Zielone chmury się piętrzą;
strach, strach jest w każdej rzeczy;
a ten kurz, moja mila, to nic, że nam usta kaleczy – on ma w sobie gorycz najświętszą.
Śpiewa wiatr. Co za ból! Lecz świstem jakich to sosenwyświstać nam ból stokroć większy, że urwie się kiedyś piosenka!
Choć wiem, że tu po śmierci wrócimy. I przez tę lubelską szosę
znów cię poniosę na rękach.
„A la russe”, 1939
W wierszu Wycieczka do Świdra (1949) poeta opisał też charakterystyczną dla linii otwockiej architekturę „w stylu groźnym”, czyli w stylu świdermajer:
Jest willowa miejscowość,
nazywa się groźnie Świder,
rzeczka tej samej nazwy
lśni za willami w tyle,
tutaj nocą sierpniową,
gdy pod gwiazdami idę,
spadają niektóre gwiazdy,
ale nie na te wille,
spadają bez eksplozji
na biedną głowę moją,
a wille w stylu groźnym
jak stały, tak stoją –
dzień i noc; i znów nocą
nikły blask je oświetla;
cóż im “Concerto grosso”
Fryderyka Jerzego Haendla!
Te wille, jak wójt podaje,
są w stylu „świdermajer”.
Zofia Czagowiec
Przypisy:
- Małgorzata Gutowska-Adamczyk, „Kalendarze”, Warszawa 2015, s. 7.
- Marta Tomaszewska, „Tajemnica białego pokoju”, Warszawa 1986, s. 97.
- Kira Gałczyńska, „Srebrna Natalia”, Warszawa 2006, s. 121.
- Ibidem, s. 122.
- Barbara Wołodźko-Maziarska; „O starym Aninie – inaczej. Przewodnik towarzysko-historyczny i nie tylko”, Warszawa 2009, s. 81.


0 komentarzy