Czy w Wawrze wolno krytykować władze?

Dochodzą do mnie sygnały, że burmistrz w rozmowach z mieszkańcami sugeruje, że Gazeta Wawerska nie jest rzetelna. Wydaje się to prawie niemożliwe, wszak burmistrz musiałby czytać GW. A ponoć nie czyta.

Jednak bardziej niepokojące byłoby, gdyby usiłowano zagłuszać w ten sposób głos obywatelskiego medium, tłumiąc swobodę wypowiedzi, wymianę idei i perspektyw innych niż sprzyjająca miłościwie rządzącym.

Pierwsza Poprawka (po wawersku)
Krytyka i kontrola to niewygodna, ale konieczna i ważna funkcja dziennikarstwa. Do tego potrzebna jest wolność słowa i możliwość swobodnego wyrażania opinii, jak powiedział przed Kongresem USA Prezydent Roosevelt. (Polskapresse, 2008).

Czy zadaniem dziennikarza nie jest oświetlenie ciemnej strony władzy i sprawienie, by możni poczuli, że nadużycie nie jest bezpieczne? (Leyendecker, 2000)

Nazywając nierzetelnymi lub „hejtem” opinie tylko dlatego, że są krytyczne – wytwarza się w umyśle odbiorcy wrażenie, że rzekomo została przekroczona pewna granica. Czy to jednak nie jest zbyt daleko idący osąd – kiedy na szali leży wolność słowa i pluralizm mediów?

Niebezpieczeństwo dyskryminacji przez władze ze względu na odmienny punkt widzenia polega na tym, że władza może próbować wyeliminować pewne idee lub perspektywy z szerszej debaty.

Za każdym razem gdy władza próbuje regulować poglądy niezgodne z jej oficjalnym stanowiskiem – należy zachować szczególną czujność.

W dyskusji na temat planowanej zmiany formuły Kuriera Wawerskiego – czyli urzędowej narracji rzeczywistości za pieniądze podatników – Dzielnica Wawer – (profil w social mediach prowadzony przez Wydział Promocji i Komunikacji Społecznej Urzędu Dzielnicy, którego przełożonym jest burmistrz Paweł Michalec) posłużyła się określeniem „hejt” w kierunku członka Stowarzyszenia Razem dla Wawra i przewodniczącego Rady Osiedla Anin – Jana Andrzejewskiego. Radny wyraził zdziwienie, że planowana zmiana Kuriera jest w ogóle przedmiotem ankiety, ponieważ zachowanie bezstronności i wyłączenie autopromocji zarządu powinno być oczywiste. Wyraził również opinię o zdjęciu przedstawiającym działania burmistrzów.

Raczej nikt przy zdrowych zmysłach, posiadający instynkt samozachowawczy nie obrzuca inwektywami osoby publicznej, nie podżega do nienawiści lub przemocy.

Należy odróżnić obraźliwe i agresywne komentarze w stosunku do osoby prywatnej od krytyki sposobu działania władzy reprezentowanej przez osoby publiczne, jakimi niewątpliwie są burmistrzowie.

Wyrażanie krytycznej opinii w stosunku do działań władzy samorządowej, które wiążą się z wydawaniem pieniędzy podatników nie powinno być tłumione. Tym bardziej poprzez personalny atak na głoszącego krytyczny względem działania władzy pogląd. „Tyle o tym mówimy, a pan radny nadal nie rozumie” – to sugerowanie, że człowiek ma problemy poznawcze, nie pamięta, nie kojarzy. Radny tymczasem zadaje niewygodne pytania i drąży, ponieważ widzi niespójność w odpowiedziach zarządu i przedstawionym materiale.

Prowadzenie sporu za pomocą technik erystycznych – czyli pomijając fakty, nie po to, aby dojść do prawdy, ale by zdyskredytować osobę rozmówcy i nie dopuścić innego punktu widzenia do publicznej debaty należy uznać za wysoce naganne.

Od 1971 roku istotą Pierwszej Poprawki i największą dumą orzecznictwa Sądu Najwyższego w USA dotyczącego wolności słowa jest to, że chroni wolność wyrażania nawet „myśli, której nienawidzimy”. Może w wawerskich realiach to zbyt trudne do wyobrażenia.

Promocja dzielnicy kosztuje, ale samorząd to nie agencja pijarowa za publiczne pieniądze.

Stawiając za wzór bezstronność przekazu – czyli wolność od wpływów politycznych, jak i interesów samego wydawcy, a nawet źródeł finansowania – byłoby na plus, gdyby urząd prowadził neutralną komunikację „no comment” informując mieszkańców o najważniejszych sprawach. Tymczasem w social mediach odbywa się kampania dostarczania nieustającej rozrywki, wykraczając poza granice urzędowej relacji. Dzielnica, jako influencer wita mieszkańców przechodząc na „ty”- zamiast zachować stosowny dystans i pełnić rolę przewodnika. W tym wykreowanym ujęciu, nie będzie miejsca na oddech refleksji, bo przypną etykietę żeś malkontent i uprzejmie pouczą protekcjonalnym komentarzem. Nic dziwnego, że na krytyczne opinie nie ma miejsca – jedynym celem jest tu „zwiększanie zasięgów” i kreowanie pozytywnego wizerunku organizacji, ale czy jest to wizerunek autentyczny? Wszak do idealnego posta nie przypasują problematyczne komentarze.

Urząd bawi, cieszy i znieczula, wie czego potrzebujemy. Jak nie masz kanalizacji albo chodnika, przyjdź po darmową rozrywkę na plażę, na drony, balony i watę cukrową. Albo zajrzyj na social media i klikaj, wszak klikanie i skrolowanie to powszechny przymus.

Konsultacje społeczne z tezą
Badania naukowców zajmujących się tematem komunikacji w samorządzie pokazują, że mieszkańcy w relacji z władzami nisko oceniają możliwości swobodnego wyrażania kontrowersyjnych opinii. Pomimo wielu kanałów łączności, czy to gazety urzędowej, czy mediów społecznościowych, komunikacja jest postrzegana jako fasada dialogu i powierzchownych relacji, ponieważ mile widziani są tylko mieszkańcy potakujący władzy. A bez responsywnego dialogu z mieszkańcami nie jest możliwe tworzenie społeczeństwa obywatelskiego i współuczestniczenie na równych prawach we współdecydowaniu o życiu w dzielnicy. Niestety badania pokazują również, że ludzie nie mają poczucia, że ich zdanie liczy się dla władzy. Można to zauważyć podczas konsultacji społecznych, które są wymogiem ustawowym. Niestety ostatecznie ich wynik nie musi być uwzględniany przez władze. Czy to konsultacje do zmian ordynacji wyborczej w statucie Rad Osiedli, czy wnioski do planów zagospodarowania przestrzennego, np. Marysina Wawerskiego cz. I, gdzie mieszkańcy złożyli ponad 4 tysiące uwag i 1283 podpisów pod petycją do Prezydenta. W planie zagospodarowania pozostały zapisy bulwersujące mieszkańców, jak publiczna inwestycja na działce leśnej, droga w lesie Matki Mojej, lokalizacja urządzeń do zbierania odpadów komunalnych przy osiedlu domków jednorodzinnych, które nazwano dla niepoznaki Centrum Edukacji Ekologicznej.

Okolice bazarku w Marysinie, Dzielnica nie ma funduszy, aby zadbać o nasadzenia na skwerku,
ani na tablice ogłoszeniowe dla Rad Osiedli. Fot. O. Pasierbska

Kiedy mieszkańcy czują się bezpiecznie, a ich potrzeby i wnioski są uwzględniane, nie potrzeba trwonić coraz więcej publicznych pieniędzy na marketing, by na wszelki wypadek przypominać, że jest się przecież dobrym gospodarzem.

W 2024 roku na działalność promocyjną w Dzielnicy Wawer wydano 1,22 mln zł, w tym na wydawnictwa 357 tys. W budżecie na 2026 rok na promocję planuje się kwotę około 1,8 mln zł w tym 583 tysięcy tylko na Kurier Wawerski.

Rok temu zakupiono flagowe smartfony za niespełna 170 tys. zł. Ostatnio również niezbędny okazał się zakup aparatu za 18 tysięcy, a na 2026 rok zaplanowano 40 tys. na kolejny sprzęt audio-wizualny. Oczywiście wszystko z kieszeni podatników.

Tymczasem współtworzona przez mieszkańców Gazeta Wawerska jest samofinansującym się obywatelskim medium lokalnym. Kosztuje tyle, ile z niemałym wysiłkiem zdoła uzbierać z reklam na pokrycie zaledwie kosztów wydruku (resztę robimy sami). Dzięki temu jesteśmy niezależni. Czy nazywanie naszego pisma „nierzetelnym”, a opinii w niej umieszczanych „hejtem” nie jest zakamuflowaną formą kwestionowania swobody wypowiedzi.